Politolog starym zwyczajem próbował mnie podpuścić, bym wszedł tym razem w rolę eksperta Soboru Watykańskiego III. Już się zacząłem zastanawiać, czym powinien się nowy sobór zająć, gdy przyszedł mi do głowy pomysł na inny eksperyment myślowy.
Wyobraźcie sobie Sąd Ostateczny…
Sporniak stoi z hardą miną, która coraz bardziej mu rzednie, gdy słyszy, jak jest naprawdę. Seksualność w warunkach ziemskiego życia jest czymś niezwykłym. Jest bramą do rzeczywistości, która przerasta człowieka i dzięki temu pozwala mu przekraczać siebie i swoje doczesne ograniczenia. Tą rzeczywistością jest miłość, która nie pochodzi od nas tylko od Boga. Każda ziemska miłość powinna pozwalać wciągać się w ową Boską miłość. Tylko w ten sposób może wzrastać.
Miłość między mężczyzną a kobietą ma seksualny charakter po to, by Boska miłość owocowała wzajemną miłością dwojga ludzi i nowym życiem, które samo w sobie jest czymś niezwykłym. Każdy nowy człowiek jest niepowtarzalny, nawet ten poczęty w laboratorium, czy wręcz złożony z genetycznych cegiełek (tu Sporniak zobaczył przyszłość nauki). Tej niepowtarzalności nie można z góry zaprogramować – ona pochodzi wprost od Boga. Dlatego człowiek, sięgając po seks powinien liczyć się z jego „nieziemskim” odniesieniem.
Seks nie jest ową rzeczywistością przekraczającą człowieka – on jest jedynie i aż bramą do tej rzeczywistości. Ludzie często to mylą. Nie jest też po prostu zabawą, która ma uatrakcyjniać życie. Gdy nie dokonuje się „po Bożemu”, czyli w pełnym fizjologicznym połączeniu kobiety i mężczyzny, przestaje być ową bramą, przejściem, wkroczeniem na szlak odwiecznych przeznaczeń. Odbija się od czystej fizjologii i skłania ludzi ku przyziemnym rzeczom.
Pozornie rygorystyczne nauczanie Kościoła przez wieki jedynie chroniło to najgłębsze przeznaczenie ludzkiej seksualności. Nie chodziło o straszenie piekłem, tylko o pokazywanie ludziom właściwej drogi. Dopatrywanie się w owym nauczaniu sprzeczności i pomyłek, zamiast pokazywać coraz głębszy sens życia, miłości i seksu, wodzi ludzi na manowce.
No i jak byście mnie bronili?
(Na szczęście w ostatniej chwili Anioł Stróż znalazł w swoim laptopie ten wpis… J)
*
A propos wyobraźni, szukając dla MagCzu w „Miłości i odpowiedzialności” wypowiedzi Karola Wojtyły na temat „intencji prokreacyjnych”, znalazłem ciekawy przypis o „sądach wyobrażonych” (w moim wydaniu z 1986 r. nr 47 na str. 146). Kontekstem jest uwaga Wojtyły na temat trudności z rozeznaniem w konkretnej sytuacji, czy wola uległa już pożądaniu, czy jeszcze nie. Sam jednak przypis wskazuje, jak mi się wydaje, na daleko idące konsekwencje. Nie bez znaczenia jest fakt, że przypisy opracował zespół uczniów Wojtyły (m.in. księża profesorowie Styczeń i Szostek), który, jak możecie przeczytać we wstępie, starał się uwzględnić wyniki dyskusji etyków po „Humanae vitae”:
Akt woli („chcenie” lub „niechcenie” czegoś) implikuje poznanie intelektualne tego czegoś, a więc sąd rozumu. Stąd zachowanie się człowieka doznającego uczuć „moralnie podejrzanych” w sytuacji pozwalającej tylko na „sądy wyobrażone”, a nie wydane rzeczywiście – bez względu na to, jakie by to zachowanie było – nie może być przedmiotem oceny moralnej. Tylko na gruncie świadomości intelektualnej nie zaś czysto wyobrażeniowej – zrodzić się może sąd o powinności moralnej (wyobrazić sobie, że jest się zobowiązanym do czegoś, to za mało, by faktycznie być zobowiązanym, podobnie jak wyobrazić sobie, że się, czegoś chce – np. na scenie teatralnej – a chcieć czegoś naprawdę, to dwie różne sprawy).
Czy zatem jeżeli ktoś w dobrej wierze postępuje zgodnie z sumieniem, dowiaduje się jednak, że Kościół widzi w jego postępowaniu czyny wewnętrznie złe, próbuje to bezskutecznie zrozumieć (jego intelektualne poznanie nie jest w stanie przekształcić się w sąd rozumu o powinności moralnej), wyobraża sobie jednak, że postępuje źle i doznaje uczuć „moralnie podejrzanych” (duchowego dyskomfortu), to „bez względu na to, jakie by to zachowanie było [np. uciekanie się w trudnych sytuacjach do prezerwatywy, pieszczoty z orgazmem, czy małżeński seks oralny] – nie może być przedmiotem oceny moralnej”? Nie wystarczy – jak głosi przypis – „wyobrazić sobie” pod wpływem nauczania Kościoła, że „jest się do czegoś zobowiązanym”, trzeba, żeby nasz własny, niczym nieprzymuszony rozum uznał to za prawdę. Czy dobrze rozumiem?
No, byłoby to jednak coś sensacyjnego (musiałbym zamknąć blog J). Niestety nie znalazłem nic więcej na temat sądów wyobrażonych. Może ktoś coś wie?
Dodaj komentarz