W komentarzu pod ostatnim moim wpisem MagCzu ostrzega przed odruchem zawłaszczania ewolucji na sposób światopoglądu ateistycznego, przejawiającym się w myśleniu: „Jeśli wierzysz w Boga, to musisz wierzyć w dosłowny opis stworzenia lub jakąś jego ubraną we współczesny naukowy żargon wersję; jeśli wierzysz w ewolucję, to dla Boga nie ma w niej miejsca”. Też dostrzegam niebezpieczeństwo takich stereotypów i na pewno nie chciałbym paść ich ofiarą. Z drugiej strony dostrzegam potrzebę większej precyzji w mówieniu o grzechu pierworodnym. Dlatego jeszcze raz pewne rzeczy chcę doprecyzować (zwłaszcza te, których nie wyjaśniłem w dostateczny sposób).
Rozróżnić trzeba trzy rzeczywistości: (1) upadek, czyli grzech Adama (albo „pierwszy grzech”), który spowodował (2) trwały stan „utraty łaski pierwotnej świętości i sprawiedliwości”, czyli właśnie grzech pierworodny, który z kolei przejawia się w naszym życiu (3) mało sympatycznymi skutkami – nasza natura „jest zraniona w swoich siłach naturalnych, poddana niewiedzy, cierpieniu i władzy śmierci oraz skłonna do grzechu”, jak czytamy w 405 punkcie KKK. Zatem idąc od końca, czyli od tego, co jest mniej więcej empirycznie identyfikowalne, mamy fatalne skutki czy przejawy, z których zdecydowanie najważniejsza jest skłonność do zła moralnego; domyślamy się, że odpowiedzialny za te naganne odruchy jest stan zwany niezbyt precyzyjnie „grzechem pierworodnym”, który Biblia, a za nią Kościół, tłumaczy upadkiem prarodziców.
Wato podkreślić, że grzech pierworodny jest stanem a nie czynem, dlatego nie powinien być określany jako „grzech”. Katechizm stwierdza, że jest nazywany „grzechem” w sposób analogiczny (punkt 404; można by dodać, że stan ów jest „grzechem” na podobnej zasadzie, jak żywność wzmacniająca nasze zdrowie jest „zdrowa”). W „Podstawowym wykładzie wiary” Rahner zauważa, że używanie słowa „grzech” na opisywanie tego stanu jest nieprawidłowe, ale jednocześnie sugeruje, że zmiana słownictwa narobiłaby obecnie więcej zamieszania: „Trwałe, ważne i egzystencjalne znaczenie dogmatu o grzechu pierworodnym można by niewątpliwie wyrazić bez tego słowa. Ale z drugiej strony trzeba liczyć się z faktem, że w teologii i w przepowiadaniu obowiązują i muszą obowiązywać pewne reguły językowe i że historia określenia tego doświadczenia wiary de facto rozwinęła się właśnie w ten sposób, że to słowo znalazło się w owym określeniu i nie może być z niego usunięte czyjąś arbitralną decyzją” (s. 96-97).
Sądzę, że słowo „grzech” przyjęło się, gdyż upadek spowodował stan winy, chociaż nie jest to wina osobista każdego z nas, jak zaznacza Katechizm (punkt 405). W każdym razie chrzest jest między innymi na to potrzebny, aby „zgładzić grzech pierworodny” – najwyraźniej jako stan winy właśnie, którą można rozumieć jako barierę oddzielającą od Boga. (Dlatego przez stulecia teologia nie wiedziała, co ma począć z owymi nieszczęsnymi niewinnymi dziećmi, które zmarły bez chrztu.)
*
Tyle w skrócie nauczania Kościoła. Po co mieszać w to teorię ewolucji, narażając się na niebezpieczeństwo popadania w różne ateistyczne stereotypy? Czy nie lepiej zostać przy narracyjnym języku religijnym i ewentualnie szukać w nim głębokich sensów? Szukać głębokich sensów oczywiście należy, niemniej nie rozwiążą one problemu pomieszania języków, z jakim mamy do czynienie moim zdaniem w opisie grzechu pierworodnego.
Jeżeli mamy dwie interpretacje tego samego zjawiska empirycznego (np. skłonności do mordowania obcych): jedna naturalna, druga nadnaturalna, to ta nadnaturalna nie może wykluczać naturalnej, gdyż wtedy wchodzi w kolizję z rozumem. Jednym z warunków sensowności języka religijnego jest uszanowanie przez niego autonomii natury i opisujących ją języków naturalistycznych (nie wykraczających poza naturę). Tak się dzieje z mądrą interpretacją teologiczną ewolucji. Jako wierzący możemy powiedzieć, że Bóg wykorzystuje dla swoich celów ślepy mechanizm ewolucyjny – milcząco zakładamy wówczas Jego wszechmoc i wszechwiedzę. Ale jeżeli mówimy, że Bóg wkracza w ślepy mechanizm ewolucyjny konkretną interwencją po to, by np. stworzyć człowieka, to tworzymy językową hybrydę, która niszczy zarówno język nauki, jak religii.
W poprzednim wpisie jako puentę zaproponowałem tezę: jeżeli nie chcemy utożsamiać skutków grzechu pierworodnego (czyli nr 3) z nieprzewidywalnymi i trudnymi do opanowania odruchami mózgu „gadziego” oraz samego grzechu (nr 2) interpretować jako ubocznego efektu przypadkowego procesu ewolucji, to tym samym, mówiąc o grzechu pierworodnym (nr 2), nie będziemy mogli już wskazywać na grożące nam porywy destrukcyjnych emocji. MagCzu oprotestowała takie postawienie sprawy. O ile Twój protest rozumiem, MagCzu, uważasz, że da się pogodzić upadek (nr 1) jako wytłumaczenie grzechu pierworodnego (nr 2) z interpretacją naturalistyczną – z przypadkowymi mutacjami, które spowodowały dysharmonię kolejno powstających w ewolucyjnym rozwoju warstw mózgu. W jaki sposób? Zakładając, że upadek (nr 1) jest wydarzeniem realnym (historycznym) jest to niemożliwe. Nawet zakładając, że jest „wydarzeniem” symbolicznym, byłoby chyba trudno jedno z drugim pogodzić. Zatem niestety albo raj, albo ewolucja. Czy może się jednak mylę?
Skomentuj ~MagCzu Anuluj pisanie odpowiedzi