Zbadałem mniej więcej historię i „etiologię” owej nieszczęsnej „pożądliwości” jako kategorii obecnej w doktrynie. Pamiętam, że Gościówa niedawno odnalazła ją we wspólnym katolicko-protestanckim dokumencie na temat usprawiedliwienia i wieszczyła, że niełatwo będzie sobie z nią poradzić. J Rzeczywiście, jej pojawienie się w oficjalnym nauczaniu na Soborze Trydenckim (XVI w.) ma swoją prehistorię sięgającą aż pism św. Augustyna (V w.). O tym jest mój duży tekst, który ukaże się w najbliższym „TP”, czyli w wydaniu papierowym w środę. Zachęcam do lektury, gdyż się trochę napracowałem i parę wniosków udało mi się chyba wyciągnąć. J
Tekst ma roboczy tytuł „Seks jakiego nie zna Kościół”, nieprzypadkowo oczywiście nawiązujący do tytułu książki o. Ksawerego Knotza. Pisałem wielokrotnie, że podoba mi się to, co o. Knotz robi – na taką skalę właściwie jako jedyny teolog i duszpasterz. Choć gdy się dokładniej przyjrzeć, nie robi nic nadzwyczajnego – zachęca, by cieszyć się seksem, korzystać z niego, dbać o niego, nie rozdzielać życia intymnego małżonków od ich religijności. Po prostu broni znaczenia seksu w małżeństwie. W moim tekście retorycznie pytam: przed kim?
Przyglądam się też, jak Kościół – głównie w Katechizmie – podchodzi do seksualnej namiętności. Wychodzi mi, że jednak o. Knotz w perspektywie kościelnej proponuje coś nowego, choć bardzo stara się przedstawiać to jako spójne rozwinięcie dotychczasowego nauczania. Tak się moim zdaniem nie da. Potrzebna jest rzetelna dyskusja nad podstawami nauczania o seksualności. Na konieczność takiej dyskusji próbuję wskazywać. Bez niej będziemy mieć np. teologię ciała Jana Pawła II, która jednak jest moim zdaniem ślepym zaułkiem. Ale być może się mylę (tym bardziej dyskusja jest wiec niezbędna). Ponieważ już z górą sześć lat zmagam się z papieskimi katechezami o małżeństwie (wydanymi przez KUL w czterech tomach pt. „Mężczyzna i niewiastą stworzył ich”) i wielokrotnie tutaj na blogu o nich wspominałem, przytoczę fragment z mojego tekstu (jako zachętę lektury całości J), w którym zwięźle pokazuję, do jakich aporii moim zdaniem myślenie Papieża prowadzi. Dobrze się to będzie komponować z ostatnimi wpisami o „pożądaniu”. Być może wznowimy dyskusję z p. Rafałem Krzysztofem?
Jak jest możliwa w małżeństwie czysta „cielesna intymność”? Paradoksalnie, chcąc na to pytanie szczegółowo odpowiedzieć w swojej teologii ciała, Jan Paweł II zradykalizował doktrynę, powracając do pewnego stopnia na pozycje św. Augustyna. Niewątpliwie intencją Papieża jest dowartościowanie cielesności. Pisze on o odwiecznej wzajemnej fascynacji męskości i kobiecości, osobotwórczej ich komplementarności oraz o oblubieńczym znaczeniu ciała. „Ciało ludzkie, jego płciowość – męskość i kobiecość – jest w samej tajemnicy stworzenia nie tylko źródłem płodności i prokreacji tak, jak w całym porządku natury. Jest w tym ciele >>od początku<< zawarta właściwość >>oblubieńcza<<, czyli zdolność wyrażania miłości – tej właśnie miłości, w której człowiek-osoba staje się darem – i spełnia sam sens swego istnienia i bytowania poprzez ten dar”. Na przeszkodzie owej zdolności wyrażania miłości staje jednak po grzechu prarodziców pożądanie. Papież identyfikuje je z tym, co psychologia określa neutralnie jako „intensywny zwrot do przedmiotu ze względu na jego wartość seksualną”. Dostrzega w nim jednak samoistną silną tendencję do uprzedmiotowienia drugiej osoby, której człowiek, doświadczający pragnienia seksualnego, powinien się przeciwstawić. „Ów naturalny, somatyczny substrat ludzkiego seksualizmu odsłonił się jako siła poniekąd samorodna, nacechowana znamieniem pewnego >>przymusu ciała<<, działająca wedle własnej dynamiki, ograniczającej wyraz ducha, ograniczającej przeżycie daru osoby oraz wymianę daru”. Innymi słowy, nasz popęd seksualny zawsze będzie się objawiać spontanicznie w sposób zwyrodniały (w tym miejscu Papież bliski jest Augustynowi). Co z tym antropologicznym faktem można zrobić?
Papież proponuje humanizację popędu – powstrzymywanie pożądań, by na ich miejsce w naszej świadomości do głosu mogły dojść inne „znaki miłości oblubieńczej”, czystsze i bardziej bezinteresowne. Jest to możliwe, gdyż nawet po grzechu w naszym sercu nie został zatarty oblubieńczy sens ciała – nadal nas przynagla odwieczne wezwanie do miłowania i daru z siebie. Zatem akt małżeński, jako owoc pożądania, sam z siebie nie prowadzi do oblubieńczego daru – przeciwnie, należy się liczyć, że spontanicznie będzie jedynie wzajemnym uprzedmiotawianiem się małżonków. Może się on oczyszczać, jeżeli małżonkowie niezależnie od swoich seksualnych pragnień i działań będą na co dzień wyrabiać w sobie poprzez aseksualne znaki i otwarcie na Ducha Świętego zdolność „bezinteresownego wzruszenia drugim >>ja<<„, „głębokiego upodobania i podziwu”, „bezinteresownej koncentracji na >>widzialnym<< i równocześnie >>niewidzialnym<< pięknie kobiecości czy męskości”. Wówczas jest szansa, że ów „somatyczny substrat ludzkiego seksualizmu” odnajdzie sobie właściwe miejsce podczas stosunku seksualnego (tu Papież przekracza pesymizm Augustyna). Pytanie, tylko po co małżonkom jeszcze będzie potrzebny akt seksualny, skoro wszystko co piękne, czyste, jednoczące, oblubieńcze i bezinteresowne już osiągną?
Jan Paweł II mówi, że oczyszczony akt seksualny jest „szczególnym znakiem miłości”, gdyż oprócz wyrażania jedności posiada „znaczenie potencjalnie rodzicielskie”. Małżonkowie „w tym >>znaku miłości<< wypowiadają swoją dojrzałą gotowość macierzyństwa i ojcostwa”. W konsekwencji wbrew intencji i werbalnym zapewnieniom papieska teologia ciała prowadzi do wniosków zbieżnych z postulatami Augustyna: religijnym ideałem byłoby „białe małżeństwo”, sięgające po współżycie seksualne tylko po to, by mieć dzieci. Czy ta wewnętrzna aporia nie jest główną przeszkodą w recepcji katechez Jana Pawła II o małżeństwie?
Pamiętacie, że pisałem, iż znany biograf Papieża – George Weigel – wieszczy, że katechezy są „teologiczną bombą zegarową”, która jak wreszcie wybuchnie, zrehabilituje i odda sprawiedliwość kościelnemu nauczaniu na temat seksu. Trudno jest mi pojąć, w jaki sposób i na podstawie czego to się ma dokonać.
Na koniec, skoro już się tak bezwstydnie reklamuję, podam jeszcze link do kolejnego już programu „My, wy, oni”, w którym wziąłem udział – tym razem bronię dzieci przed klapsami rodziców. J
Skomentuj agusia082@amorki.pl Anuluj pisanie odpowiedzi