Bardzo trudno jest dzisiaj uzasadnić zakaz seksu poza małżeństwem jako normę deontologiczną, tzn. chroniącą dobro wprost morale. Dobro stricte moralne to np. sprawiedliwość czy prawdomówność. Powinniśmy być sprawiedliwi czy prawdomówni bez względu na okoliczności i bez względu na to, że niesprawiedliwość albo kłamstwo może przynieść w danej sytuacji nawet wielkie pozamoralne dobro, np. uratować komuś życie. Dzieje się tak, ponieważ dobro moralne dotyka wprost godności człowieka jako rozumnej, świadomej i wolnej istoty i poza nim nie ma większego, bardziej wartościowego dobra.
Rozpoznać je można w sytuacji próby, gdy stajemy przed wyborem, który jest rozłączny: albo postąpimy moralnie dobrze, co może nas wiele kosztować, albo moralnie źle, uderzymy jednak wtedy w samo centrum naszego człowieczeństwa – stracimy rzecz bezcenną. Jak powiadał Sokrates, lepiej być ofiarą (utracić jakieś dobra pozamoralne) niż oprawcą (stracić prawość). Przykłady innych dóbr czy wartości moralnych to uczciwość czy wierność. Można być albo uczciwym, albo nieuczciwym; albo wiernym, albo niewiernym – nie ma jakiegoś stanu pośredniego.
Ważną cechą dobra moralnego jest także to, że odwołanie się do niego kończy etyczne uzasadnienie. Albo dostrzegamy, że lepiej być ofiarą niż oprawcą, albo tego nie widzimy. Nie da się tego inaczej dowieść. Wspomnijmy np., że utylitaryści nie uznają tego typu moralnego wglądu i odrzucają deontologiczną argumentację. W zamian proponują rachunek skutków naszego postępowania. Moim zdaniem jednak w ten sposób mylą etykę z prakseologią (teorią skutecznego działania).
*
Do dóbr stricte moralnych tradycyjna etyka zaliczała także czystość. Dzisiaj jest to, jak powiadam, trudne, o ile w ogóle możliwe. Dlaczego? Bo dobro moralne ma być oczywiste, ma nas pozytywnie obezwładniać, ma być bezwzględnie atrakcyjne, tak jak np. sprawiedliwość. Czystość jako wartość przestała być w ten sposób dla nas przejrzysta – nie wiemy, co w dziedzinie seksu jest czyste, a co nieczyste (poza oczywiście skrajnościami). Niektórzy zapewne powiedzą, że to wina naszej zdemoralizowanej cywilizacji. Ja jednak sądzę, że seks zawsze nie bardzo się nadawał jako materiał do bezpośredniej deontologicznej wykładni. Głównie ze względu na jego silnie biologiczne korzenie, a także na lęki, jakie wzbudza (czy wzbudzał) i plastyczność związanych z nim przeżyć, a co za tym idzie – na naszą podatność na cudze sugestie w myśleniu o nim. Naprawdę, czystością można straszyć i jeszcze nie tak dawno straszono nią na potęgę, co skutkowało pruderyjnym czy lękowym podejściem do seksu.
Zatem jeżeli nie deontologia i idea czystości, to jaką mamy w etyce alternatywę? Także deontologia, ale nie bezpośrednio. Seksualność jest ważnym aspektem naszej natury, a naturę trzeba szanować, tzn. mamy moralny obowiązek rozwijać swoje naturalne potencjalności. By jednak je rozwijać, a nie niszczyć czy degradować, musimy wiedzieć, po co są i działać zgodnie z tą wiedzą. W ten sposób będziemy postępować sprawiedliwie wobec siebie i wobec innych, bo jak wiadomo, być sprawiedliwym, to oddać każdemu co mu się słusznie, czyli zgodnie z jego naturą, należy. Innymi słowy, mamy sprawdzić, kiedy użycie seksu jest w naszym jak najlepiej pojętym interesie, a kiedy siebie i innych krzywdzimy. I tak okrężnie odwołujemy się do deontologicznej zasady sprawiedliwości.
Wielokrotnie już powtarzałem, że ze względu na postęp wiedzy empirycznej jesteśmy w bardziej uprzywilejowanej sytuacji niż poprzednie pokolenia. Wiemy coraz więcej i dzięki temu rozumiemy o wiele więcej.
*
To truizm, że ewolucja wynalazła płeć jako bardziej efektywny sposób na rozmnażanie. U ludzi seks przybrał jednak nowy wymiar: biologicznie nie służy tylko, a nawet – jak się okazuje – nie przede wszystkim prokreacji. Na ewolucyjną historię człowieka złożyło się kilka ważnych przełomów: zejście naszych przodków z drzew na sawannę, wyprostowanie postawy ciała, utrata sierści, a przede wszystkim rozwój mózgu. Ten ostatni proces okazał się tak korzystną inwestycją, że rekompensował z nawiązką poważne kłopoty, które spowodował. Ponieważ ewolucja poprowadziła (pamiętajmy: to ślepy proces!) kanał rodny poprzez otwór miedniczny, głowa dziecka podczas porodu musi przeciskać się przez przejście o ograniczonej średnicy. Ciąża u hominidów wraz z rozrostem mózgu zaczęła się skracać, by dziecko z coraz większą główką miało szansę wydostać się na świat. W związku z tym, potomstwo rodziło się coraz bardziej niedojrzałe. (Skutkiem tego procesu była też wysoka śmiertelność wśród noworodków i matek, a ludzkie porody, pomijając współczesną medycynę, należą do najbardziej bolesnych i ryzykownych w przyrodzie; mimo to duży mózg się opłaca!)
Bezradne ludzkie dziecko wymaga długiego okresu intensywnej opieki. Dodatkowo utrata sierści z powodów termoregulacyjnych zajęła matce ręce: ludzkie dziecko musiało być noszone, w przeciwieństwie do małego małpiątka, które samo trzyma się sierści matki (z przedludzkich czasów u naszych noworodków pozostał atawistyczny odruch chwytny). W związku z tym ludzka matka straciła zdolność samodzielnego troszczenia się o pożywienie. Potrzebowała stałego opiekuna. Tak biologia ewolucyjna tłumaczy monogamię wśród ludzi.
*
Co spaja kobietę i mężczyznę, zwłaszcza, gdy żyją wśród innych atrakcyjnych kobiet i mężczyzn (w grupie pierwotni ludzie mieli większe szanse przeżycia i rozwoju)? Oczywiście seks. Ewolucyjna zmiana natury seksu przebiegała jakby dwutorowo. Z jednej strony seks przestał być jedynie prostą kopulacją, a stał się działaniem niezwykle przyjemnym, angażującym i więziotwórczym (wypowiadając się o seksie oralnym już wspominałem, że ewolucja wykorzystała prastare obwody w mózgu sterujące, głównie przy pomocy oksytocyny, więzią między matką a dzieckiem). Z drugiej strony zmienił się cały mechanizm popędu seksualnego. O ile popęd u zwierząt działa na zasadzie rui, tzn. na krótki okres jajeczkowania hormony zalewają zwierzęce mózgi i całkowicie zmieniają zachowanie samców oraz samic, sprawiając, że stają się oni dla siebie niezwykle atrakcyjni, o tyle u człowieka atrakcyjność seksualna ma względnie stały charakter. Oczywiście podlega różnym fluktuacjom (wiosna ciągle nas „bierze” J), ale zasadniczo nie blokują one zdolności współżycia w dowolnej chwili, i to do późnej starości. Jednocześnie ewolucja dość skutecznie ukryła – zwłaszcza przed mężczyzną, ale także przed samą kobietą – fakt owulacji (stąd tyle zachodu w naturalnych metodach kierowania płodnością). Zatem ludzka para ma przede wszystkim stworzyć silny związek przez ciągłe seksualne zajmowanie się sobą, a dzieci pojawią się jakby przy okazji dopiero w tak solidnie zbudowanym rodzinnym gnieździe – takie jest biologiczne przesłanie co do natury seksu.
Proces ewolucyjnego przewrotu w funkcjonowaniu seksualności u człowieka ciekawie ilustruje przykład… kobiecych piersi. Do czego one służą? Ortodoksyjny tomista odpowiedziałby, że oczywiście do karmienia potomka. Dlaczego zatem ich budowa i kształt są aż tak niefunkcjonalne, że grożą uduszeniem noworodka? Odpowiedź biologów ewolucjonistów jest zaskakująca: kobiece piersi są substytutem wypiętych pośladków. Gotowe do spółkowania wypięte pośladki to bardzo głęboko wpisany w samcze mózgi seksualny bodziec. Ewolucja, podnosząc seksualność na poziom silnej relacji, m.in. odwracając do siebie partnerów twarzami, wykorzystała gruczoły mlekowe, by stworzyć dodatkowy stały seksualny bodziec, nawet kosztem pierwotnej biologicznej funkcjonalności. Dlatego kobiece piersi na nas, mężczyzn, tak bardzo silnie działają. Proste. J
Co z tych przyrodniczych danych wynika dla etyki życia seksualnego?
Aby nie przedłużać, ciąg dalszy w następnym wpisie – niebawem.
PS. Mieszkających niedaleko wrocławskich dominikanów zapraszam jutro (4 grudnia) na godz. 17.00 do pięknego rokokowego refektarza na mój wykład pt. „Czy Kościół katolicki zmieni nauczanie w dziedzinie etyki seksualnej”. J
Skomentuj ~ala Anuluj pisanie odpowiedzi