Ciekawe, że zanim jeszcze podałem argumenty za moralnym złem współżycia pozamałżeńskiego, ostro mi się dostało… Wygląda na to, że już sam zamiar takiego argumentowania wywołuje irytację. J Poprzedni wpis był jedynie wprowadzeniem do tematu. Teraz część dalsza, w której spróbuję rozważyć konkretne racje przemawiające za seksem w małżeństwie.
We współczesnej etyce normy moralne uzasadnia się w dwojaki sposób:
1. teleologicznie – czyli odwołując się do przewidywanych skutków działania. Takie podejście w uzasadnianiu, nazywane też konsekwencjalizmem (od konsekwencji czynu; telos – to z kolei po grecku cel), związane jest z utylitaryzmem, dla którego jedynym dobrem stricte moralnym jest pomnożenie jakichś ważnych dóbr pozamoralnych (korzyści). Czyn jest moralnie dobry, jeśli prowadzi do jakiś korzyści; moralnie zły – gdy przynosi jakieś szkody, które przeważają ewentualne korzyści. Widać, że taka argumentacja zawsze będzie względna – zależna od przyjętego kryterium ważności dóbr. Teleologizm wyklucza istnienie norm bezwarunkowych, czyli obowiązujących zawsze, ponieważ ten sam czyn w różnych okolicznościach może przynosić różne skutki i zmieniać wynik naszego bilansu dóbr. Choć ten sposób uzasadniania moralności działania wydaje się chwiejny i słaby, to zauważcie, że zwykle odruchowo właśnie tak oceniamy czyny: czy są korzystne/niekorzystne pod jakimś ważnym dla nas względem.
2. deontologicznie – o tym uzasadnieniu już wspominałem w poprzednim wpisie. Przypominam, że odwołuje się ono wprost do dobra moralnego, które dotyka bezpośrednio godności człowieka. Normy deontologiczne obowiązują bezwarunkowo, to znaczy bez względu na okoliczności, gdyż dobro moralne zawsze przewyższa jakiekolwiek dobro pozamoralne. Normy deontologiczne zakazują pewnych kategorii czynów, które bez względu na okoliczności i straty pozamoralne zawsze są wewnętrznie złe, tzn. złe z natury czynu. Niektórzy pamiętają pewno, że chodzi o przedmiot czynu czyli jego skutek naturalny wyznaczony jego wewnętrzną dynamiką, który godzi w jakieś dobro moralne. Dlatego nie ma od tych norm wyjątków – obowiązują one bezwarunkowo.
Barbara Chyrowicz wyróżnia bezwarunkowe normy analityczne czyli ogólne (np. zawsze postępuj sprawiedliwie) i materialne (nie kłam; nie zabijaj). Pierwsze z powodu swojej analityczności są oczywiste, ale niekiedy trudne do konkretnego zastosowania (co jest w danej sytuacji sprawiedliwe), drugie wymagają – zdaniem Chyrowicz – odwołania się do antropologii (samoświadomej, wolnej i rozumnej natury człowieka). Kto chciałby coś więcej na ten temat przeczytać, polecam dwa teksty tej autorki: „Kłopoty z uzasadnieniem norm” (zwłaszcza punkt 4) oraz „Argumentacja we współczesnych debatach bioetycznych” (cały 1 rozdział).
*
Zastosujmy te sposoby uzasadnienia do seksu. Najpierw odwołujące się do korzystnych bądź szkodliwych skutków. Czy seks poza trwałym związkiem dwojga ludzi szkodzi? Trudno byłoby to wykazać. Teleologiczną argumentacją jest np. stwierdzenie, że przypadkowe kontakty seksualne zwiększają ryzyko zachorowania na paskudne choroby. Ale z drugiej strony, także teleologicznie można argumentować za pozamałżeńskim seksem dla utrzymania dobrej zdrowotnej kondycji (wiadomo, że stosunek seksualny wzmaga siły witalne).
Czy np. autoerotyzm nie jest dopuszczalny w przypadku zmagania się z tzw. zespołem wdowy/wdowca. Przecież zdrowie i dobra kondycja seksualna jest, co prawda wartością pozamoralną, ale przecież nieobojętną moralnie z powodu znaczenia dla naszych życiowych potencjalności.
Gdzieś tu na blogu próbowałem argumentować za wyłącznością seksu w jednym związku, odwołując się do rozwoju i funkcjonowania mózgu. Pierwsze mocniejsze doświadczenia seksualne odciskają silne piętno w mózgu i są bardzo ważne dla naszego późniejszego rozwoju seksualnego. Dlatego istotne jest, by inicjacja była dobrze przemyślana i mądrze podjęta. Poważny związek z osobą, którą się kocha, i dobrze rokujący na przyszłość wydaje się idealnym miejscem. Zatem seks najlepiej dopiero w małżeństwie. To także argumentacja teleologiczna. Ale przecież ostatecznie nigdy nie wiadomo jak się potoczy życie i co mu ostatecznie będzie sprzyjać. Po drugie, jak się wydaje, nie mamy jeszcze aż tak szczegółowej wiedzy o funkcjonowaniu mózgu, by formułować konkretne zasady, co dla rozwoju mózgu jest na pewno sprzyjające, a co szkodliwe. Zatem ten typ argumentacji nie jest konkluzywny.
*
Jeśli chodzi o deontologiczny rodzaj argumentacji, to na razie nasuwa mi się tylko jeden pomysł. Seksualność jest dla nas czymś bardzo ważnym – użycie jej tworzy silny i bliski (intymny) związek. Jest także bardzo daleko idącym zaangażowaniem – nie ma innego takiego działania, które aż tak całościowa by nas angażowało. Dlatego domaga się adekwatnej relacji z drugą osobą (najbardziej adekwatną relacją jest trwały związek, czyli małżeństwo). Poza taką relacją instrumentalizujemy swoje ciało, a poprzez nie – siebie samego. Taka manipulacja sobą, nawet jeśli przynosi jakieś pozamoralne profity (np. polepsza zdrowie, samopoczucie, itd.), i tak jest moralnie niedopuszczalna, bo bezpośrednio godzi w godność osoby.
Przyznaję, brzmi znajomo – do takiej argumentacji odwoływał się w licznych swoich tekstach m.in. Karol Wojtyła. Jej słabością jest brak precyzji – intuicyjnie ten argument chwytamy, nawet jesteśmy gotowi się z nim zgodzić, ale jest on mało precyzyjny. Nie pozwala dokładnie rozstrzygnąć, która sytuacja jest moralna, a która już nie (poza oczywistymi skrajnościami).
*
I jeszcze na koniec życzenia do siego roku.
PS. W trzeciej części „Bioetyki seksu” chciałbym powrócić (obiecałem to onegdaj) do homoseksualizmu.
Skomentuj ~autodestructions.blog.onet.pl/ Anuluj pisanie odpowiedzi