Wracam na blog z przedłużonych (wiem, wiem, za bardzo!) wakacji. Przepraszam czytelników, że ich cierpliwość wystawiłem na taką próbę. Ale po prostu nie wyrabiam w tak czasochłonnej formule, jaką stosowałem do tej pory (monograficznych wpisów). Jeśli blog ma pulsować życiem, trzeba tę formułę jednak zmienić. Trochę poeksperymentuję, ale najprawdopodobniej będą to mniej lub bardziej luźne komentarze do wydarzeń i lektur.
Na razie taką myśl przewrotną przedkładam pod rozwagę: jeśli Boga zbyt mocno potraktujemy jako wzbudzającego lęk władcę, wcześniej czy później własnoręcznie zabijemy go, jak Libijczycy Kaddafiego. Innymi słowy, jest w nas pokusa bania się Boga – odruchowo sądzimy, że poważne traktowanie religii równoznaczne jest z poddańczą zależnością i lękiem jako jej sprawdzianem. Sądzę, że jeżeli rzeczywiście tak podchodzimy do sacrum, prędzej czy później zabijemy takiego Boga (o ile wcześniej na trwałe nie skarłowaciejemy w myśleniu o własnym życiu).
Z drugiej strony, daje do myślenia fakt, że najwięksi religioznawcy podkreślali w prawdziwym fenomenie religijnym obok fascinosum owo tremendum – nabożny dreszcz. Czym on jest?
Na razie nie mam innej odpowiedzi: to lęk nie przed Bogiem, tylko przed tym, że możemy poczuć się wezwani do rzeczy, które wcale nam nie będą w smak. To w istocie lęk przed pustynią. W jakimś sensie: przed wolnością…
Skomentuj ~Politolog Anuluj pisanie odpowiedzi