Farad pyta, czy są jakieś nowe reakcje na mój tekst „Małżeńska intymność”. Na stronie LMM znalazł się fragment polemiki Macieja Tabora z „Tygodnikiem”. Niestety nie dotarłem jeszcze do całości tekstu zamieszczonego w dwumiesięczniku „Głos dla życia”. Ale cieszę się, że środowisko Ligi Małżeństwo Małżeństwu podejmuje dyskusję.
Prócz tego otrzymałem, jak już wspominałem list od pani Małgorzaty Wałejko – autorki artykułu „Czy Bóg prosi o heroizm?”, zamieszczonego we wrześniowym numerze „W drodze”. Numer poświecony jest refleksji na temat antykoncepcji i metod NPR. Pani Małgorzata odniosła się do mojej zbyt pośpiesznej – przyznaję – uwagi dotyczącej zajawki numeru. Oto jej słowa:
Bardzo proszę przeczytać tekst, a nie bazować na zajawkach wydawnictwa, zdawkowych i niejasnych; wówczas łatwo intencje autora i domyślne treści z góry oceniać, jak czyni to Pan i Czytelnicy na forum. Najdalsza jestem od określania „głupstwem”, w znaczeniu lekceważenia, małżeńskich dylematów o takim kalibrze; choćby przez wzgląd na własne doświadczenie. Myślę, że włączam się w zapoczątkowany przez Pana, bardzo wartościowy nurt dyskusji śmiałej i merytorycznej, choćby przez mocne obalanie mitów narosłych wokół hermetycznego podejścia do NPR, jak np. opisana przeze mnie pozorna ich bezproblemowość (jak stwierdził O. Kozacki, pierwszy raz wyłożona wprost i bez ogródek). Fakt, iż mój ostateczny pogląd, mimo przytwierdzania powagi i rangi trudności, jest inny od Pana poglądu (wstrzemięźliwość zamiast dopuszczenia antykoncepcji), nie uprawnia do nazywania mojego dyskursu „nerwowym odruchem samoobronnym” bez zapoznania z moją argumentacją, którą starałam się właśnie wyłożyć jak najstaranniej z etycznego punktu widzenia oraz, zapewniam Pana, bez domieszki nerwowości i potrzeby samoobrony. Tego typu dyskusje bazujące na pospiesznym, bezrefleksyjnym odcinaniu się od tekstów reprezentujących odmienne od własnych poglądy, niepoprzedzone uczciwym wczytaniem się w argumenty stojące za danym sądem moralnym, przypominają właśnie radiomaryjne style polemik, które właśnie nazwać można „odruchami samoobronnymi”. Wszak od nich jest Pan bardzo daleki! Dialog ma tylko wtedy wartość, gdy opiera się na prawdziwym wsłuchiwaniu w innych. (…) Zapraszam zatem do lektury tekstu właściwego i łączę najserdeczniejsze pozdrowienia. Na marginesie serdecznie dziękuję za otwarte i odważne dyskusje, które służą Kościołowi propagując postawy mądrego, intelektualnego (zamiast ślepego „niewolnictwa”) katolicyzmu.
Rzeczywiście, wtedy jeszcze nie czytałem tego tekstu, a odnosiłem się jedynie do irytujących tez zawartych w zajawce. Moja wypowiedź jednak od razu negatywnie nastawiała potencjalnych czytelników tekstu p. Wałejko – za co przepraszam. Jako redaktor sam wiem, że sztuka pisania zwięzłych, intrygujących i jeszcze do tego mądrych zajawek jest chyba nawet trudniejsza niż sztuka pisania dużych artykułów – więc powinienem być bardziej wyrozumiały. „Nerwowy odruch samoobronny” odnosił się raczej do zaprzyjaźnionej „W drodze” i był wypowiedziany z nutą zawodu – ale znów przyznaję, że jasno to nie wynikało z mojego komentarza.
*
Po lekturze listu zapoznałem się z wrześniowym numerem i… muszę przyznać, że mam mieszane uczucia. Dostrzegam za dużo szczegółów i zbyt wiele pytań staje przede mną, by czerpać z lektury satysfakcję. Z edytorialu dowiedziałem się na przykład, że sprostanie heroizmowi możliwe jest tylko na gruncie wiary. Na pewno wiara pomaga zmagać się z przeciwnościami i własną słabością, ale Kościół bardzo broni tezy, że nauczanie w dziedzinie prokreacji opiera się przede wszystkim na prawie naturalnym wypisanym w sercu każdego i dzięki temu dla każdego dostępnym – nie tylko dla osób głęboko religijnych. Przed heroicznymi decyzjami stają zresztą nie tylko wierzący. Już tutaj jest jakaś kapitulacja – chciałoby się powiedzieć. Ale może te wątpliwości wynikają właśnie z… mojej słabej wiary, jak zdaje się sugerować czytelnikowi Naczelny „W drodze”?
To dopiero początek moich kłopotów z recepcją. Zasłużony twórca Szkoły Rodzenia śp. prof. Fijałkowski przekonuje mnie, że „Kościół nie wymaga niczego więcej niż tego, aby respektować wymogi ekologiczne, które są wpisane w całą biologiczną sferę przeżywania naszej płciowości”. Tymczasem można łamać głoszone przez Kościół normy całkiem ekologicznie: wiele kościelnych dokumentów przestrzega przed mentalnością antykoncepcyjną, która wykorzystuje także metody naturalne. Czy zatem etyka to ekologia? Bogna Białecka z perspektywy psychologa przy pomocy dość ryzykownej metody cytatów z Internetu argumentuje, że antykoncepcja prowadzi do lęku przed dzieckiem i uzależnia – remedium ma być NPR. Tymczasem w Internecie nietrudno znaleźć także świadectwa lęku przed ciążą przy stosowaniu metod naturalnych. Jak mi się wydaje, lęk taki nie jest funkcją antykoncepcji, tylko poczucia niepewności metody oraz życiowych doświadczeń. Zatem rzeczywistość nie jest czarno-biała, tak jakby się chciało żeby była. I właśnie pani Wałejko w swoim tekście m.in. przestrzega przed npr-owym „mitem sielankowym”. Ale z kolei na trudne dylematy małżeńskie (kiedy NPR jest niemożliwe, a co do poczęcia istnieją poważne medyczne przeciwwskazania) każe patrzeć „z góry”, czyli z perspektywy Pana Boga. Co więcej, sama na małżonków spogląda z takiej perspektywy, do czego przyznaje się z rozbrajającą szczerością (co osobę w moim wieku wprawia w zdumienie, choć znów może jestem z tych „słabej wiary”?).
Z o. Robertem Plichem miałem okazję już się spierać o sakralność seksu. Nie będę przytaczał szczegółów, powtórzę tylko generalne zastrzeżenia. Przede wszystkim perspektywa, która dostrzega w płodności sacrum, a domyślnie: we wszystkim innym profanum, jest moim zdaniem oparta na wadliwej teologii. Bóg jest i działa wszędzie, nie tylko i wyłącznie w jajowodzie podczas poczęcia. Jeśli już gdzieś jest bardziej dla nas dostrzegalny, to właśnie w osobowej relacji małżonków, a nie w biologicznych procesach, rządzonych swoistą (niekiedy brutalną!) mieszanką przypadku i konieczności. Taka sakralizacja biologii (i z konieczności biologizacja sacrum) prowadzi do obrazu złośliwego Boga, który nie dość, że zsyła choroby, to jeszcze przy tym odbiera małżonkom źródło najsilniejszego wsparcia: możliwość „bycia jednym ciałem”. Poza tym uważam, że myślenie w perspektywie „sakralności” nie daje nam ochrony przed naprawdę groźnymi pomyłkami, np. przed wiarą w boski zakaz przetaczania krwi, o czym z kolei wspominałem już na blogu. Zastanówmy się, dlaczego mimo świadectw Biblii przestaliśmy traktować krew jako zastrzeżoną „dla Pana”? Po prostu nauka, poznając rzeczywistą funkcję krwi w naszym organizmie, „odczarowała” jej sakralność. Czy nie podobnie jest z seksem i płodnością? Dzisiaj dość dokładnie wiemy, kiedy może dojść do zapłodnienia, a kiedy nie może; wiemy także, że procesy rozrodcze są względnie niezależne od reaktywności seksualnej (są inaczej sterowane przez mózg), że seks oprócz podtrzymywania gatunku spełnia ważne role społeczne i spełnia je niezależnie od prokreacji, a nawet dzięki tej niezależności! Dlaczego mamy te role z konieczności podporządkowywać płodności „potencjalnej” (bo przecież nie rzeczywistej: Kościół na szczęście uznał dopuszczalność korzystania z okresów niepłodnych)?
Te pytania widać zwłaszcza wtedy, kiedy wrześniowy numer czyta się z perspektywy zdroworozsądkowej. Wystarczy odrobina rozsądku, aby dostrzec, że w sytuacji rozregulowanej tarczycy i niemożności donoszenia ciąży zarówno antykoncepcja hormonalna, jak prezerwatywa nie są rozwiązaniem. Nie potrzeba tu specjalnej wiary. Sztuczne hormony nie mogą nie mieć wpływu na i tak już rozregulowany układ hormonalny, poza tym nie dają całkowitej pewności, prezerwatywa jest tym bardziej ryzykowna. Czy jednak małżonkowie „muszą zrezygnować ze współżycia” – jak pisze pani Wałejko? Dlaczego „muszą”? Przecież więź, bliskość, czułość można wyrażać na wiele seksualnych sposobów, niekoniecznie „pełnym stosunkiem”. Co zyskują, jeśli w takiej sytuacji w ogóle rezygnują z seksu?
W praktyce pani Małgorzata dopuszcza „nawet osobne łóżka”. Ciekawe, że w takim rozdzieleniu małżonków nie dostrzega złowróżbnego dla „bycia jednym ciałem” znaku – czy nie bardziej złowróżbnego, jak owe zwykle niezrozumiałe i nie przeżywane przez małżonków, a potępiane przez Kościół rozdzielanie podwójnej funkcji znaku w akcie małżeńskim?
Paradoksalnie zaraz w następnym tekście o. Knotz moralnie usprawiedliwia petting i użycie prezerwatywy, tyle że w przypadku chorób wirusowych – przy takich chorobach nie ma zdaniem autora intencji antykoncepcyjnej (choć antykoncepcyjny efekt pozostaje – chciałoby się dopowiedzieć). Ostatecznie zatem to, czy seks w trudnych sytuacjach zachowałby swoją „sakralność”, uzależnione byłoby od rodzaju choroby, z którą małżonkowie się zmagają. (Mimo tych uwag sam w sobie artykuł o. Knotza, jak już pisałem na blogu, z paru względów wart jest osobnej analizy).
Zbierzmy wrażenia z lektury: autorzy w wielu miejscach jakby zaprzeczają sobie. Same teksty rodzą z kolei wiele pytań i zastrzeżeń. Jak mi się wydaje, przewidział to naczelny, o. Paweł Kozacki, przestrzegając w edytorialu, że rozumowe spory na tematy etyczne zwykle do niczego nie prowadzą – jedynie wiara może zmienić nasze postrzeganie świata. Rozumiem, że chodzi o to, iż rozmówcami zwykle kierują niepodatne na argumentację przedzałożenia. Nie do końca się z takim podejściem zgadzam. Jeżeli nasze przedzałożenia odnosimy do autentycznego doświadczenia etycznego, porozumienie powinno być możliwe. Doświadczenie etyczne nie jest niczym innym, jak owym wspominanym wyżej prawem naturalnym, wypisanym przez Boga w naszych sercach. Jasne, że różne względy mogą nam utrudniać dostęp do własnego serca. Ale czy ten dostęp ułatwią nam wydawane „zza biurka” wyroki, co jest, a co nie jest profanacją świętej sfery seksualnej, co jest, a co nie jest ontycznym kłamstwem, duchową równią pochyłą i godzeniem w samego Boga? Czy najgłębsza sfera naszego serca nie jest zbyt intymna na takie pouczenia?
Skomentuj ~Alba Anuluj pisanie odpowiedzi