Wiele. Przede wszystkim obie czynności są przyjemne, i nie bez powodu. Pełnią tak ważne biologicznie funkcje, że natura nie mogła sobie pozwolić na pozostawienie ich tylko w gestii naszej dobrej woli – wolała się zabezpieczyć silnie motywującym bodźcem i różnymi nieświadomymi mechanizmami, np. powodującymi odczuwanie głodu. Ale tu już także widać różnicę: jedzenie zabezpiecza indywidualne przetrwanie, prokreacja – przetrwanie całego gatunku. Aby żyć, muszę jeść (choć są osoby, które, jak wiele na to wskazuje, nie do końca muszą: np. Marta Robin czy chłopiec Budda). Natomiast, aby przetrwał gatunek ludzki, ja, jako pojedynczy osobnik, nie muszę uprawiać seksu – mogę go nie uprawiać albo też mogę uprawiać seks nieprokreacyjny. Zależność jest bowiem w tym przypadku statystyczna: wiele innych osób uczyni to za mnie, z czego urodzi się wiele dzieci.
W popularnej literaturze katolickiej dotyczącej seksu w małżeństwie nieraz spotykałem argument przeciwko antykoncepcji odwołujący się do analogii z jedzeniem: seks pozbawiony celowo swojej biologicznej funkcji przedłużania gatunku przypomina zachowanie starożytnych Rzymian, zwracających w vomitoriach zjedzone posiłki, by móc do woli czerpać przyjemność z następnych – w ten sposób odrywano przyjemność jedzenia od jego fundamentalnej biologicznej funkcji zachowania organizmu przy życiu. Odrywano przyjemność od dobra, do którego zmierza dana czynność. Podobnie dzieje się przy stosowaniu antykoncepcji.
Zawsze wydawał mi się ten argument nieco demagogiczny, gdyż jedzenie zasadniczo zawsze spełnia swoją biologiczną funkcję, natomiast seks – nie. Właściwie należałoby powiedzieć, że seks bardzo rzadko prowadzi do poczęcia. Można zatem zupełnie serio pytać o jego inną niż prokreacyjna biologiczną funkcję.
Niedawno odkryłem prawdopodobne źródło owego argumentu. Znaleźć je można w książce Roberta Spaemanna (myśliciela, którego notabene bardzo cenię), zatytułowanej „Szczęście a życzliwość. Eseje o etyce” (niemiecki oryginał z 1989 r.). W rozdziale „Normalność i naturalność” traktującym o rozumnie zinterpretowanej naturze jako podstawie moralności Spaemann zauważa, że przygotowywanie posiłków i wspólne ich spożywanie w wielu kulturach to wręcz paradygmat kultury – nie bez przyczyny Jezus wybrał ucztę weselną jako obraz królestwa niebieskiego. Owe kulturowe znaczenie ufundowane jest na funkcji naturalnej – dzięki niej jakby zawdzięcza swoją kulturową nośność. Spaemann wręcz pisze, że gdyby jedzenie nie syciło fizycznie, nie mogłoby pełnić swojej kulturowej roli. Zatem to, co robili Rzymianie – „owo odłączenie kulturowej funkcji jedzenia od jego funkcji naturalnej nie podnosiło go na wyższy, ludzki poziom, lecz spychało na poziom niższy” – było wbrew naturze, poniżej ludzkiej godności.
„Związek tego, co ludzkie z tym, co naturalne jest również nie mniej oczywisty tam, gdzie chodzi o relację seksualną i zachowanie gatunku” – pisze w następnym akapicie Spaemann. Dlatego, jego zdaniem, „systematyczne oddzielenie przyjemności seksualnej od jej naturalnej funkcji, czyli od przekazywania ludzkiego życia, pozbawiłoby miłość między płciami właśnie specyficznie ludzkiego wymiaru”.
Sądzę, że właśnie u Spaemanna bardzo dobrze widać, gdzie tkwi błąd takiej argumentacji. Naturalną (!) funkcją relacji seksualnej jest nie tylko „zachowanie gatunku”, ale najpierw i w o wiele szerszym zakresie tworzenie silnej więzi. Jeśli owo tworzenie więzi nie jest niczym zakłócone, zachowanie seksualne pozostaje zachowaniem po ludzku naturalnym. Niezależnie od tego czy jest płodne, czy jest niepłodne i czy niepłodność jego jest naturalna, czy przez ludzi spowodowana, czy w końcu o żadnej płodności nie może być mowy, bo są to np. pieszczoty oralne.
PS. O ile sobie przypominam, gdzieś tu wspominałem, że do tzw. Rodzinki, czyli kręgu wychowanków i przyjaciół Karola Wojtyły, należało małżeństwo, które chyba jako jedyne miało odwagę Papieża przekonywać, iż zakaz antykoncepcji nie jest najlepszym rozwiązaniem (inna sprawa, że bezskutecznie). Teraz mogę ujawnić, że chodziło o Karola Tarnowskiego, pianistę i wybitnego krakowskiego filozofa oraz o jego żonę Marię. Karol sam o tym opowiedział w świetnej rozmowie opublikowanej w Gazecie Wyborczej. Ciekawa była reakcja Jan Paweł II: „Wysłuchał nas i powiedział: <Wiecie, ja całe życie poświęciłem analizie problematyki miłości i seksualności człowieka, nie mogę zmienić mojego stanowiska>. Ale mnie powiedział: <Jeśli masz trudności, to zmień spowiednika>”. To podobna reakcja, jak odpowiedź Josepha Ratzingera na pytanie Seewalda w książce „Sól ziemi”, co ma zrobić małżeństwo, które ma już kilkoro dzieci i nie radzi sobie z płodnością: „Powiedziałbym, że są to kwestie, które powinno się omawiać z kierownikiem duchowym, z kapłanem – kwestie, których nie można ujmować abstrakcyjnie”.
Skomentuj ~Shaak Ti Anuluj pisanie odpowiedzi