Ciekawe. Przyznam, że nieco inaczej wyobrażałem sobie prowadzenie blogu. Sądziłem, że coś tam będę sobie podczytywać (np. katechezy o małżeństwie Jana Pawła II, które mam dość dobrze przerobione), krytycznie komentować, a Wy będziecie mnie albo krytykować, albo precyzować moje wypowiedzi. W każdym razie, że to ja będę Wam serwował upichcone przez mnie i dobrze mi znane „potrawy”. Tymczasem… jest ciekawiej. Blog stał się właściwie nieprzewidywalny J, bo przez was redagowany. Dzięki Wam odkrywam nowe rzeczy. W związku z tym mam wrażenie, że to ja więcej korzystam niż Wy. Oto dowody:
Najpierw odkrycie, że problemem nie tyle jest nauczanie Kościoła na temat seksualności, co sam Kościół. W każdym razie kłopot z Kościołem jako instytucją i autorytetem jest chyba bardziej podstawowy niż jego nauczanie – wciąż na ten temat dyskutujemy. Coraz bardziej jestem przekonany, że kluczem jest właściwa perspektywa. Intuicja podpowiada mi, że istnieje taka, z której wszystkie sprawy nabierają odpowiednich proporcji: to, co nas irytuje, staje się wtedy mało ważne, a to, co jest naprawdę istotne, nabiera dla nas znaczenia. Trochę po omacku jej szukam, ale dzięki Wam ciągle się uczę.
Na przykład wyraźniej dotarło do mnie, że w poszukiwaniu owej perspektywy fundamentalną rolę musi odgrywać… doświadczenie. Dlaczego nauczanie Kościoła nas tak irytuje? Między innymi dlatego, że Kościół mówi niezrozumiałym a zarazem roszczeniowym językiem. Wymaga od nas „cnoty”, „czystości”, „świętości”, unikania „grzechu”, mówi o konieczności „odkupienia”, „łaski”, obiecuje „zbawienie”… Tymczasem te słowa są dla nas właściwie niezrozumiałe, tzn. nie potrafimy odnieść ich do życiowego doświadczenia, a w związku z tym – nie doświadczamy, by one w jakiś wyraźny i egzystencjalnie atrakcyjny sposób porządkowały nasze życie. Innym powodem irytacji jest poczucie straty – wydaje się nam, że kościelne zakazy coś ważnego nam zabierają (np. zakaz współżycia przed ślubem).
O kościelnym języku i o poczuciu straty zamierzam jeszcze pisać. Na razie chciałbym powrócić do owej szukanej paradygmatycznej perspektywy, gdyż to ona może uporządkować nasze doświadczenie i zweryfikować poczucie straty. Carnes, którego także odkryłem dzięki Wam (a konkretnie dzięki Novvej), wskazuje na wagę doświadczenia bezsilności czy, jak to zgrabnie ujął cytowany przeze mnie Avenarius, doświadczenia utraty kontroli nad życiem. Wypowiedziałem się na ten temat w tekście „Uzależnienie jako wartość”. Ciekawe uwagi poczyniła do tego wpisu MagCzu. Napisała: „Nie wiem, czy słuszne jest przekonanie wyleczonego seksoholika, że seks „znaczy dla niego więcej” niż dla tych, którzy nie przeszli przez jego kłopoty. Paweł pisał, że tam gdzie obficie rozplenił się grzech, jeszcze obficiej rozlała się łaska. W tym sensie seksoholik ma rację. Tylko czy nie jest to racja wyłowionego topielca, że pływanie „więcej dla niego znaczy” niż dla innych”. Jeśli dla jakiegoś zapalonego żeglarza pływanie stało się obsesją, to taki wypadek może go oprzytomnić. Nie wykluczone, że wtedy o pływaniu zaczyna wiedzieć więcej niż ja – niedzielny pływak. Podobnie jest chyba z życiem: jeżeli stanęliśmy na jego krawędzi, to możliwe, iż pełniej uświadamiamy sobie jego wartość.
MagCzu zwróciła także uwagę, że nie wszyscy święci przechodzili przez dramatyczne doświadczenia związane z bezsilnością i grzechem: „Myślę tu zaraz o postaciach tych świętych, którzy nie mieli za sobą spektakularnego nawrócenia w stylu świętego Pawła. Wychowani w wierze i od najmłodszych lat dziwnie świadomi swojego uzależnienia od Boga, lękający się najmniejszych własnych kroków samopas”. Od razu pomyślałem o Teresie z Lisieux, którą spowiednicy przez kilka lat musieli zapewniać, że nigdy nie popełniła grzechu ciężkiego.
Kiedy byłem u dominikanów (cztery beztroskie lata J) wśród braci panowała swoista moda na Małą Tereskę. Ja też próbowałem jej ulec: kilkakrotnie rozpoczynałem lekturę „Dziejów duszy” – zawsze bezskutecznie. Zniechęcał mnie infantylny język – te wszystkie „ptaszki”, „kwiatki”, „słoneczka”… Myślałem sobie: dorosła, 24-letnia dziewczyna, a pisze jak siedmiolatka. Ewidentnie skrzywdzona przez tych wszystkich pobożnych ludzi, którzy nie pozwolili jej dorosnąć: ojca, siostry rodzone, siostry karmelitanki, ówczesnych kaznodziei. Pod wpływem uwagi MagCzu przyszła mi jednak do głowy myśl, że to tylko język, który wyraża owe bezcenne dziecięce doświadczenie całkowitej zależności od Boga. Innego języka Teresa nie znała. I rzeczywiście, jeżeli się weźmie w nawias ten język (oraz okropne, abnegackie podejście do doczesności Tomasza a Kempis, którym Teresa się duchowo karmiła), to można dotrzeć do jakby czystego jej doświadczenia. W tzw. „Rękopisie B” pisze m.in.: „Tylko miłość może nas uczynić miłymi Dobremu Bogu, pojmuję to tak jasno, że tylko o tę miłość zabiegam. Jezus z upodobaniem pokazuje mi jedyną drogę, która prowadzi do Boskiego ogniska, a tą drogą jest ufność małego dziecka, co bez obawy zasypia w ramionach Ojca” (faktycznie, Teresa zasypiała na adoracji – jak wstąpiła do Karmelu miała zaledwie 15 lat, a surowa reguła pozwalała tylko na 6 godzin snu).
Mamy zatem jakby dwie paradygmatyczne perspektywy: bezsilności i całkowitego zaufania. Zauważcie, że oba te archetypiczne doświadczenia odnoszą do Boga bezpośrednio – bez pośrednictwa Kościoła. Rolę i sens Kościoła można odczytywać dopiero w ich świetle. I to jest chyba droga do rozwiązywania naszych problemów.
Na koniec jeszcze tytułowe pytanie: co ta istota, wydawałoby się aseksualna, ma wspólnego z seksem? Bezpośrednio nic. Ale przyznam, że chciałbym umieć spojrzeć na życie jej oczami…
Skomentuj ~BARNABA Anuluj pisanie odpowiedzi