Takie pytanie (a ściślej: NPR – buduje czy niszczy relacje małżeńskie?) pojawiło się na jednym z forów. Wspominała o tym Novva w komentarzu do poprzedniego mojego wpisu. Samo pytanie jest mylące, bo sugeruje jednoznaczną odpowiedź: tak albo nie. Tymczasem zależy to od wielu czynników i okoliczności. Spróbuję odpowiedzieć nie wprost, przyglądając się analogicznemu i jakby „łatwiejszemu” pytaniu: czy rozłąka buduje relacje małżeńskie, czy je niszczy? Wstrzemięźliwość w okresach płodnych jest też przecież jakąś „rozłąką”. Zamierzam dzięki temu pokazać, na czym – moim zdaniem – polega główny problem małżonków z nauczaniem Kościoła.
Pewno wiele małżeństw potwierdzi, że w życiu zdarzają się sytuacje, w których rozłąka wzmacnia związek. Czasem atmosfera tak gęstnieje, że małżonkowie prawie nie mogą ze sobą wytrzymać. Byle co powoduje wybuch wzajemnych pretensji, żalów, złości. Małżonkowie weszli – zwykle mimowolnie – w koleiny, które prowadzą do czegoś niedobrego. Nawet poradniki zalecają wtedy krótką rozłąkę i odpoczynek od siebie. To jest jak zresetowanie komputera, który się ciągle zacina. Taka chwilowa rozłąka ujawnia stan ich związku: Czy będą tęsknić za sobą? Co ich jeszcze łączy? Czy pod powierzchnią codziennych nieporozumień tętni jednak miłość?
Zdarza się także, iż niezależna od woli małżonków czasowa rozłąka (np. wyjazd służbowy na kilka tygodni), choć bolesna, zbliża ich do siebie. Pojawia się tęsknota, intensywne myślenie o sobie, czułe telefony, miłosne listy – jakby chwilowy powrót do czasów zakochania. A jak fantastyczne są chwile po powrocie!
Pominę przypadek długiej rozłąki, np. kontrakt kilkuletni i widzenie się przy okazji świąt czy wakacji – to działanie samobójcze. Natomiast coraz częstszym zjawiskiem są małżeństwa weekendowe – sam znam takie cztery pary. Mężowie pracują w innym mieście albo w Niemczech czy Anglii i przyjeżdżają co tydzień lub dwa do domu na kilka dni. Z moich obserwacji wynika, że taka cykliczna rozłąka jako sposób na życie jest raczej szkodliwa. Trzeba dużo samozaparcia, dbałości o relację oraz stałej silnej motywacji, by takie związki nie wpadały w odruch życia obok siebie.
Jakie z tego można wyciągnąć wnioski a propos naturalnych metod planowania i wynikającej z nich okresowej wstrzemięźliwości seksualnej?
Podobnie jak rozłąka, wstrzemięźliwość to stan nienaturalny dla małżeństwa – to współżycie stanowi podstawowe tworzywo związku, jest czymś oczywistym i nie wymagającym specjalnych racji. Nie jest czymś odświętnym czy ekskluzywnym. To wstrzemięźliwość domaga się powodu i usprawiedliwienia oraz – o czym zdarza się nam zapominać – ciągłego podsycania seksualnej tęsknoty za sobą. Jasne, że takim powodem jest chęć współżycia bez sztucznych barier i bez lęku o nieplanowane poczęcie (to dobrodziejstwo NPR!). Ale czy ten powód zawsze jest wystarczający?
W religijnych materiałach propagujących NPR oraz w dokumentach Kościoła mówi się o „stylu życia” – okresowa wstrzemięźliwość ma być tym właściwym i budującym sposobem przeżywania małżeństwa. W adhortacji Familiaris consortio Jan Paweł II pisze: „Wybór rytmu naturalnego bowiem pociąga za sobą akceptację cyklu osoby, to jest kobiety, a co za tym idzie, akceptację dialogu, wzajemnego poszanowania, wspólnej odpowiedzialności, panowania nad sobą” (32). Zawsze mnie ten fragment zastanawiał. Skąd Papież to wie? Przecież sam „wybór rytmu naturalnego” pociąga za sobą raczej działanie automatyczne – według algorytmu, a nie dialog. Dialog z żoną zastępuje zeszyt z wykresem jej temperatur – wystarczy, że policzę do trzech (wyższych temperatur) i wiem, kiedy będziemy współżyć. To dla faceta nawet wygodne – nie potrzeba negocjować, planować, zbytnio się starać… Jest grafik i wszystko jasne! J
Nie, NPR wymaga silnej motywacji, a ta z kolei poważnego powodu. Zwłaszcza „mocna” wersja naturalnych metod (jedyna dopuszczalna przez Kościół), czyli bez sporadycznego wspomagania się prezerwatywą czy pieszczotami w przedłużających się okresach płodnych. Kościół wskazuje na taką motywację – ma ona mieć charakter moralny. I tu tkwi ten wspomniany przeze mnie na początku główny problem małżonków z nauczaniem.
Powróćmy na chwilę do przykładu z rozłąką. Znam małżeństwo (bardzo piękni i wartościowi ludzie), które na siebie czekało aż siedem lat! Poznali się na Zachodzie w czasach głębokiej komuny. Zakochali się w sobie, on wrócił do Polski, ona została za żelazną kurtyną – z powodów politycznych nie mogła przyjechać razem z nim. Więc czekali na siebie – okazało się, że „tylko” siedem lat, ale wtedy przecież nie wiedzieli, ile będą czekać. Podejrzewam, że liczyli się z możliwością, iż nigdy nie będą mogli być razem. Wyobraźcie to sobie! Otóż, był sposób, by ona w ciągu kilku dni znalazła się razem z nim – wystarczył jeden telefon do… Urzędu Bezpieczeństwa. Problem w tym, że budowanie własnego szczęścia na zdradzie przyjaciół byłoby rozwiązaniem pozornym. Po prostu nie można budować rzeczywistego dobra, które ma nam służyć, na czyjeś krzywdzie. Takich rzeczy się nie robi! Właśnie z powodów moralnych. Wyraźnie zdajemy sobie z tego sprawę. Na tym polega doświadczenie moralne. Zauważmy także, że ich długa rozłąka, dlatego iż miała silną motywację etyczną, nie niszczyła ich miłości, przeciwnie w tym przypadku ją budowała i potwierdzała.
Mam nadzieję, że jest to zrozumiałe. A teraz powróćmy do wstrzemięźliwości. Kościół głosi, że naruszenie mocnego NPR byłoby podobną niemoralnością, jak naruszenie rozłąki w przypadku moich znajomych. I to jest właśnie niezrozumiałe. Ja widzę różnicę. Nie potrafię dojrzeć w naturalnych metodach podobnie silnego doświadczenia moralnego, które usprawiedliwiałoby rygoryzm nauczania.
Skomentuj paplaniec@vp.pl Anuluj pisanie odpowiedzi