Okładka sugeruje, że to książka dla nastolatek przestrzegająca przed zgubnymi skutkami współżycia przedmałżeńskiego. Ostatnio coraz więcej ukazuje się takich amerykańskich przedruków – owocu prężnie rozwijającego się ruchu „Czystych serc”. Przeglądam te pozycje, jeśli trafią mi w ręce, gdyż łatwo w nich dopatrzeć się słabych stron nauczania Kościoła (prosty język szybko obnaża wszystkie uproszczenia np. na temat różnicy między NPR a antykoncepcją czy „zła” pożądania – jeśli pożądanie jest złe, to jak płodzić dzieci? J). Otwierałem tę książkę przygotowany zatem na to, co w środku zastanę. Druga strona utwierdziła mnie w jak najgorszych przeczuciach – jeśli ktoś swoją książkę dedykuje… Maryi i ojcu Kolbe, to pożytek z lektury może okazać się złudny. Na szczęście mój nałóg czytania i świetny tytuł „Dreszcz czystości” sprawiły, iż zacząłem kartować. Przerzucając kartkę za kartką, coraz bardziej wbity byłem w fotel…
Właściwie trudno o tej książce pisać – jej autentyzm poraża. Trzeba ją przeczytać. Pamiętacie, jak pisałem o Nouwenie, który w „Intymności” pokazuje nawrócenie jako przejście od lękowego odruchu zawłaszczania i władzy nad drugim do duchowej intymności, która czyni nas wobec Boga i drugiej osoby bezbronnymi. Tylko w przestrzeni tej intymnej bezbronności i szczerości dziać się mogą rzeczy wielkie: miłość, przebaczenie, śmierć i zmartwychwstanie. Dawn Eden zdaje sprawę właśnie z takiego „przejścia”, tym samym staje w zupełnej bezbronności wobec… czytelnika. Trudno to z czymkolwiek porównać. Do głowy przychodzą jedynie „Wyznania”. Tyle że sędziwy Biskup Hippony, wytrawny retor, który ślubował celibat, mógł sobie na nie pozwolić. Tutaj mamy wyznania zagubionej kobiety z XXI wieku, jakby żywcem wziętej z serialu „Seks w wielkim mieście”, która odnajduje drogę, cały czas tęskniąc za tym jedynym i dla owego nieznanego zdobywa się na czystość. Jasne, że swobodny, zdystansowany do siebie i do świata styl Dawn Eden trudno pod względem literackim porównywać z patosem i filozoficzną wnikliwością „subtelnego Afrykańczyka”, ale jej autentyzm naprawdę rozbraja. Zastanawiam się wręcz, co powie owemu wyczekanemu, gdy go wreszcie spotka, skoro wszystko powiedziała już nam, czytelnikom.
Napisałem, że okładka (skądinąd niezła) jest myląca. To książka ściśle rzecz biorąc nie dla nastolatek, choć zapewne krzywdy młodym czytelnikom nie zrobi – może być pouczająca. Nie wyobrażam sobie jednak, by np. szesnastolatka potrafiła w pełni docenić to, co czyta. Np. subtelny humor autorki, gdy pisze: „Romantycy nazywają to ciepłe, niejasne uczucie, które mamy po stosunku seksualnym, <poświatą>. Kiedy nie żyjesz w małżeństwie, czujesz to bardziej jako podzwonne” (s. 57).
To, co najcenniejsze, to zapis żywego doświadczenia – duchowego, etycznego, religijnego. Autorka nie opisuje momentu nawrócenia, dzieli się natomiast jego skutkami: subtelną mądrością i dojrzałością. Wtajemniczani jesteśmy w coś, co jest żywe, prawdziwe i nieuchwytne, a jednocześnie niezwykle proste: „Tracisz niewinność, kiedy uczysz się nabierać dystansu. Nabierasz dystansu, aby się chronić. Chronisz się i seks zamiast być wspólnym, skierowanym na drugiego człowieka doświadczeniem miłości, staje się skierowanym do wewnątrz, narcystycznym doświadczeniem własnej niepewności. Rozwiązaniem jest przestać się chronić, a jedynym sposobem na to jest unikanie sytuacji, w których musisz się chronić. Żeby się z kimś naprawdę zjednoczyć, musisz pozwolić sobie na wrażliwość. A nie możesz być wrażliwa, jeśli zawsze musisz zadawać sobie pytanie, czy mężczyzna, którego pragniesz, będzie przy tobie, aby cię podeprzeć, gdy upadniesz” (s. 67).
Znów przypomnijcie sobie, jak pisałem, że osoby uzależnione od seksu, gdy autentycznie zdrowieją, mają wgląd poprzez własne cierpienie i negatywne doświadczenia w czystą istotę seksualności. Dokładnie o tym jest „Dreszcz czystości”. Nie tylko opisuje zdrowienie, ale ową istotę seksualności. I to bez krzty pruderii! Pod tym względem Eden na głowę bije zahamowanego i seksualnie anorektycznego Augustyna. Mała próbka braku pruderii w zdawać by się mogło banalnej konstatacji: „Wbrew zdrowemu rozsądkowi, pocałowałam go. Było miło, ale bez fajerwerków. To powinno być dla mnie natychmiastowym ostrzeżeniem: jeśli pocałunek mężczyzny cię nie podnieca, to albo nie jest to właściwy mężczyzna, albo jeszcze nie powinnaś go całować” (s. 210).
Nie będę szczegółowo streszczać tej książki, lepiej ją samemu przeczytać. Na zachętę pokażę jedynie, co Dawn Eden pisze o nawyku masturbacji, nad którego ewentualną szkodliwością czy neutralnością także tutaj już debatowaliśmy.
„Masturbacja uczy ograniczania ekspresji seksualnej, ponieważ jej celem jest wyłącznie osiągnięcie orgazmu. Jeśli porównamy ją do prawdziwego stosunku, który ma naśladować, to okazuje się, że masturbacja wyrabia zachowanie, w wyniku którego orgazm jest w centralnym punkcie aktu seksualnego, w którym ciała twoje i partnera są tylko narzędziami służącymi do wywołania reakcji płciowej”. Wspomina także o pogłębiającym się po masturbacji uczuci samotności, odwołując się do „przyśpieszającej powstawanie więzi emocjonalnej”… oksytocyny. (Tym mnie kupiła, gdyż pisząc o tym hormonie przy okazji wpisu o seksie oralnym, także zastanawiałem się nad jego masturbacyjną bezproduktywnością J.) „Jeśli ten hormon wytwarzany jest w czasie masturbacji, nie ma w pobliżu nikogo, kto mógłby być adresatem tej więzi, dlatego czujemy się opuszczone” (s. 191-192).
Eden nie moralizuje, nie starszy grzechem. Po prostu pyta: „No i po co?”.
Skomentuj ~facet Anuluj pisanie odpowiedzi