Seksuolodzy alarmują: współczesny styl życia niszczy namiętność. Stres, przepracowanie, niezdrowe odżywianie się oraz brak fizycznej aktywności czynią z nas coraz gorszych kochanków. Z kolei Esther Perel w „Inteligencji erotycznej” przekonuje, że zbyt duża bliskość w związku, bezpieczeństwo, przewidywalność i rutyna skutecznie gaszą pożądanie. Nie trudno przewidzieć, czym grozi w małżeństwie zanik pożądania. Jeśli zatem zależy nam na dobru związku, obok troski o intymność i zaangażowanie trzeba zadbać także o namiętność. To staje się coraz bardziej oczywiste.
Nie dla wszystkich jednakże.
Jest rzeczą intrygującą, że w licznych w ostatnich dziesięcioleciach wypowiedziach Kościoła na temat małżeństwa i seksualności nie znajdziemy ani słowa o konieczności zadbania o pożądanie. Przeciwnie: pożądanie wciąż postrzegane jest jednostronnie – jako groźna drzemiąca w nas siła, która w każdym momencie może okazać swoją niszczycielską moc, wyrywając się spod kontroli i wodząc nas na manowce. Wymaga zatem stałej czujności i trzymania jej w ryzach. Wygląda na to, że z kościelnej perspektywy problemem współczesnych małżonków, także wewnątrz związku, jest wbrew faktom wciąż nadmiar a nie zanik pożądania. Wystarczy przeglądnąć choćby katechezy o małżeństwie Jana Pawła II.
Taki brak równowagi staje się pretekstem do oskarżania Kościoła o zafiksowanie na punkcie seksu i oderwanie od życiowych realiów. Jest to tym bardziej zaskakujące, że Kościół od Soboru Watykańskiego II czyni wiele, by małżeństwo i seksualność dowartościować, a przed wiekami przyjął doktrynę, która bynajmniej nie wymuszała jednostronnej interpretacji.
W XIII wieku św. Tomasz zaadoptował do myśli chrześcijańskiej etykę Arystotelesa, która obok troski o realizm cechowała się umiarem i zdrowym rozsądkiem. Zdaniem Stagiryty, właściwe (czyli cnotliwe) jest działanie lub uczucie, które w danych okolicznościach trafia w „środek”: wadą jest zarówno przesada przekraczająca rozumną miarę, jak i zbytnia powściągliwość, która do owej miary nie dociąga. Odnośnie uczuć Arystoteles pisał w „Etyce nikomachejskiej”: „I tak obawiać się, być odważnym, pożądać, gniewać się, litować się i w ogóle radować się i smucić się można i zbytnio, i za mało, a w obu tych wypadkach niewłaściwie; doznawać zaś tych namiętności we właściwym czasie, z właściwych przyczyn, wobec właściwych osób, we właściwym celu i we właściwy sposób – to właśnie jest drogą zarówno środkową, jak i najlepszą, i to też jest istotną cechą dzielności etycznej”.
Podkreśliłem czasownik „pożądać”, by zwrócić uwagę, na czym według Arystotelesa polegało niewłaściwe użycie seksualności. Często myślimy, że przekroczenie miary w tej dziedzinie polega na zbytniej intensywności przeżywanej namiętności i pożądania. Nic bardziej błędnego! Nawet niewrażliwy na uroki życia św. Tomasz trzeźwo zauważa: „Nadmiar uczucia, będący wadą, nie mierzy się wielkością jego natężenia, ale według jego stosunku do rozumu (…) gdy przekracza jego granice. Otóż rozkosz, towarzysząca aktowi małżeńskiemu, choć odznacza się bardzo wielkim natężeniem, nie przekracza granic, wyznaczonych jej uprzednio przez rozum, mimo, że w czasie samego trwania rozkoszy rozum nie może wyznaczać tych granic”.
Wadą nadmiaru jest zatem przekroczenie granic rozumu, a dzieje się to wtedy, zdaniem Arystotelesa i św. Tomasza, gdy ulegamy pożądaniu w niewłaściwych „okolicznościach”. Widać to wyraźnie np. w akcie pedofilskim – pedofil przekracza wszystkie rozumne granice: pożąda w niewłaściwym czasie, niewłaściwej osoby, z niewłaściwych przyczyn i w niewłaściwym celu.
Ale – pamiętajmy – zgrzeszyć możemy także brakiem pożądania, gdy „okoliczności” akurat się go domagają. Niewątpliwie małżeństwo, zagrożone dzisiaj śmiercią namiętności, domaga się szczególnej troski o pożądanie. Św. Tomasz w jednym z artykułów swojej Sumy pisze o grzechu niewrażliwości: insensibilitas. „Kto by zatem do tego stopnia unikał przyjemności, że powstrzymywałby się od tego, co jest konieczne do zachowania natury, popełniałby grzech sprzeczny z porządkiem natury. Na tym zaś polega wada niewrażliwości”. Specjaliści od Tomasza wiedzą, że „grzech sprzeczny z porządkiem natury” nie jest wcale jakimś pośledniejszym grzechem.
Dlaczego Kościół tak łatwo zapomniał akurat o grzechu niewrażliwości, i wciąż o nim nie pamięta, mimo dokonujących się przemian w nauczaniu o seksualności?
Przyczyny są zapewne wielorakie. Spróbuję je rozszyfrować w następnych wpisach. Tymczasem na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie. Dzisiaj mierzi nas rozpatrywanie problemów seksualnych w kategoriach etycznych: pojęcie cnoty umiarkowania (Arystoteles, św. Tomasz) zastąpiliśmy pojęciem inteligencji erotycznej (Esther Perel). Ale zauważmy: przecież nadal chodzi o właściwą miarę. J
Skomentuj ~gościówa Anuluj pisanie odpowiedzi