Istnieją, jak staram się pokazać w ostatnich wpisach, bezinteresowne, szlachetne motywy naszych zachowań, relacji i celów. Pociągają nas one, ale ta atrakcja jest dziwna, bo zarazem słaba i silna. Silna, gdyż jak już się pojawi w naszej świadomości (jako głos sumienia?), wiemy, że powinniśmy się jej poddać i że to będzie dla nas dobre. Słaba, że nas do tego nic nie przymusza. Przeciwnie – odnajdujemy w sobie wiele innych porywczych sił, które nami bezpośrednio powodują i odciągają naszą uwagę. Życie moralne chyba właśnie na tym polega, by dawać specjalne fory owemu subtelnemu urokowi…
Tymczasem rzeczywistość jest brutalna. Skoro w ostatnim wpisie wspominałem o ideale miłości i o dojrzałych motywach kochania współmałżonka, teraz dwa mocne przykłady, jak to niekiedy – wcale nie tak rzadko! – wygląda w relacji małżeńskiej (anegdoty zaczerpnięte z zawodowych doświadczeń mojej żony):
Dwoje bawiących się w przedszkolu dzieci zaczyna sprzeczać się o zabawki. Dochodzi do szarpaniny. Pani przedszkolanka przerywa zabawę i serwuje dzieciom pogadankę, jak to dobrze jest „nie robić drugiemu, co tobie niemiłe”. W pewnym momencie nierozważnie zadaje retoryczne pytanie: – Co by to było, gdyby tak bili się ze sobą rodzice? Co najmniej połowa dzieci ożywia się i spontanicznie wyrywa do odpowiedzi. Najbardziej precyzyjną daje pięcioletni Jasiu: – Tata bije mamę, mama bije siostrę, siostra bije mnie, a ja biję psa.
Inna anegdota. Pani pyta Stasia, jak ma na imię jego mama. – Nie wiem – odpowiada Stasiu. – Nie wiesz?! – dziwi się pani i zadaje pytanie pomocnicze: – A jak na mamę woła tatuś? – Ty kurwo – brzmi odpowiedź. W obu przypadkach przedszkolaki zaskoczyły panie przedszkolanki, gdyż wcale nie pochodziły z rodzin patologicznych. Skąd się w nas bierze taka „bezinteresowna” agresja i brak elementarnego szacunku dla drugiego człowieka – nawet najbliższego? A może zwłaszcza najbliższego?
Nie będę oryginalny, gdy odpowiem: z natury.
To bardzo stara odpowiedź. Przypomnijmy sobie platoński mit z Fajdrosa o duszy jako zaprzęgu złożonym z dwóch koni – czarnego i białego – i powożonym przez woźnicę-rozum. Czarnym, dzikim i nieokrzesanym koniem są owe budzące grozę zwierzęce popędy oraz wybuchające znienacka uczucia, które – puszczone na żywioł, prędko nas mogą zniszczyć. Historię etyki i duchowości można opisać jako nieustanne zmaganie z ową dziką bestią w nas drzemiącą, jako najważniejszym przeciwnikiem tego co duchowe.
Dzisiaj jesteśmy jednak, jak mniemam, w uprzywilejowanej pozycji: zaczęliśmy z powodzeniem poznawać naturę czarnego konia. Przestaje on być symbolem tego, co irracjonalne i przez to wzbudzające lęk. Przeciwnie, nie ma w nas irracjonalnych emocji i odruchów! Każde z nich to ważna i precyzyjna informacja o nas samych – często informacja z zamierzchłej przeszłości. Na razie chciałbym wskazać na trzy bardzo pierwotne odruchy – zapisany w mózgu i organizujący nasze reakcje spadek po naszych ewolucyjnych przodkach.
O wzorcu swój-obcy, który dawniej decydował o przetrwaniu, już wspominałem w tekście „Dwa ateizmy„. Wpadłem na jego trop podczas lektury książki Ronalda Rudena „Żarłoczny mózg” o uzależnieniach, poleconej mi niedawno przez Jacka Prusaka. Dzisiaj ów pierwotny wzorzec odpowiada za społeczne poczucie tożsamości i przynależności, ale także m.in. za trudności w dostrzeganiu w kulturowej inności czegoś, co nam nie musi zagrażać, przeciwnie – może nas wzbogacać. W skrajnej postaci odpowiada on też w dużej mierze, jak mi się wydaje, za owe nagłe i przerażające rzezie i pogromy dokonywane na „sąsiadach” np. w Ruandzie, w Bośni czy w tużpowojennej Polsce.
Drugi odruch to obecny w naszej mózgowej aktywności wzorzec silniejszy-słabszy, który dawniej odpowiadał za miejsce w stadzie i za jego strukturę. Dzisiaj w jakiejś mierze za poczucie własnej wartości, ale także za wyścig szczurów i np. przemoc w rodzinie – tu słabszych mamy dosłownie pod ręką. Pamiętacie, jak pisałem o skutkach lękowego odruchu „sięgania po władzę” nad drugim w bliskich relacjach i o intymnej bezbronności jako antidotum?
Trzeci pierwotny wzorzec dotyczy, oczywiście, różnicy seksualnie atrakcyjny-nieatrakcyjny i do tej pory dzięki niemu się rozmnażamy. Ale tu także sam odruch nie wystarczy – potrzeba jeszcze, by go w naszych mózgach po ludzku przetwarzać. Jaką odgrywa w tym rolę moralność? Oto jest pytanie, które mnie nie od dziś nurtuje.
Na koniec jeszcze dwie szybkie uwagi: w dziedzinie praktyki połową sukcesu w nowoczesnym oswajaniu czarnej bestii jest już uświadomienie sobie owych pierwotnych wzorców-odruchów. W dziedzinie teoretycznej nie można z kolei dzisiaj mówić o moralności bez wzięcia pod uwagę i wyciągnięcia należytych wniosków z danych współczesnej wiedzy biologicznej (kolejny raz to powtarzam). Na przykład, jakie dla etyki znaczenie ma fakt, że (jak wynika z badań na szczurach, o których wspomina Ruden) we wzorcu atrakcyjny-nieatrakcyjny zdecydowanie chodzi o „chętnego” atrakcyjnego partnera (partner „niechętny” nie wywołuje typowych zmian w mózgu)? J
Dodaj komentarz