Pod moim tekstem o homoseksualizmie opublikowanym przez portal Tezeusz wywiązała się ciekawa dyskusja. Ponieważ niektóre stawiane mi pytania i zarzuty pokrywają się z waszymi, pozwalam sobie przekleić tu moją tamtejszą odpowiedź:
Wdzięczny jestem za wszystkie głosy. To przywilej uczestniczyć w tak rzeczowej dyskusji. Wbrew temu, jak zostałem przedstawiony w podsumowaniu przez moderatora debat Tezeusza, nie czuję się ani nie jestem specjalistą od homoseksualizmu. Tym tematem zainteresowałem się niedawno, bardziej przeczuwając niż wyraźnie uświadamiając sobie jego wagę dla rozumienia wiary i ogólnie człowieczeństwa. Mój tekst jest zatem raczej pisanym na gorąco sprawozdaniem ze stanu osobistych badań (właściwie zaledwie próbą sprecyzowania ważnych pytań), niż zbiorem opracowanych do końca szczegółowo odpowiedzi. Pisząc go, miałem świadomość kontrowersyjności przynajmniej niektórych moich tez czy sugestii i przewidywałem, że sprowokują pytania. Cieszę się z nich, bo sam jestem ciekaw odpowiedzi.
Dwa powtarzające się kilkakrotnie zarzuty uważam za szczególnie domagające się komentarza: (1) że gołosłownie uznałem homoseksualizm za tendencję wrodzoną a nie nabytą oraz (2) że mój wywód jest niespójny, jeśli krytykując kościelną tezę o nieuporządkowaniu skłonności, nie uznaję jednocześnie moralnej dopuszczalności czynów homoseksualnych – przecież jeśli jedno, to także drugie! Druga sprawa jest niewątpliwie trudniejsza (domaga się zadowalającego uzasadnienia ograniczenia seksu tylko do małżeństwa, a to dzisiaj nie jest łatwe!), dlatego zanim spróbuję na nią odpowiedzieć odniosę się do pierwszej.
Świadom jestem wciąż trwającego sporu o wrodzony czy nabyty charakter homoseksualizmu oraz tego, że nauce dotąd nie udało się rozpoznać dokładnego mechanizmu powstawania tendencji do tej samej płci. Mało tego, podstawowym uproszczeniem, jakie zwykle popełniamy w dyskusjach o homoseksualizmie (debata Tezeusza nie jest wyjątkiem!), jest traktowanie go jako jednorodnego zjawiska: homoseksualizm to popęd seksualny do osób tej samej płci. Tymczasem w prostej analizie wyróżnia się co najmniej cztery wyznaczniki homoseksualności: (1) jaką płeć mają osoby, o których fantazjujemy; (2) jaką płeć mają osoby, które są dla nas seksualnie atrakcyjne; (3) z kim współżyjemy i (4) za kogo się uważamy. W odpowiedziach nie musi występować urawniłowka! Bywają np. kobiety, które uważają się za heteroseksualne, współżyją z mężczyzną a fantazjują o kobietach. Czy są lesbijkami?
By jakoś to jednak ogarnąć, stosuje się siedmiostopniową skalę od 0 do 6, przy czym „0” oznacza twardy heteroseksualizm, a „6” twardy homoseksualizm. W ankietach wychodzi ciekawa statystyczna prawidłowość. Rozważając rozkład wyników, u mężczyzn dominują skrajne pozycje: 0, 1 oraz 5, 6, u kobiet tymczasem wyniki płynnie przechodzą od 0 do 6 (oczywiści u obu płci statystycznie najwięcej jest 0 i 1, jako że heteroseksualizm jest powszechny). Dean Hamer, ten sam, który wskazał jak się okazało niedoszły gen związany z homoseksualną orientacją, przytaczając te wyniki w książce „Geny a charakter” (oryginał z 1998; polskie wydanie z 2005), tak je komentuje: „Orientacja seksualna mężczyzn ma wiele własności typowych dla cech uwarunkowanych genetycznie: jest trwała, stabilna i dychotomiczna – to znaczy mężczyzna jest albo hetero-, albo homoseksualny. W przeciwieństwie do tego orientacja seksualna kobiet sprawia wrażenie bardziej chwiejnej i rozmytej, mniej zaprogramowanej z góry – okazała się zróżnicowana, zmienna i rozkładająca się w sposób ciągły – wiele kobiet plasuje się gdzieś pomiędzy homo- a heteroseksualizmem” (s. 191).
To nie jedyne znaczące dane statystyczne. Jeśli naukowcy chcą sprawdzić ewentualne genetyczne podłoże jakiejś cechy, przyglądają się bliźniętom jedno- i dwujajowym. Gdy cecha jest całkowicie determinowana genetycznie (np. kolor oczu) to wszystkie bliźniaki jednojajowe będą ją posiadać (czyli 100 %). Jeśli jest częściowo determinowana, to procent bliźniaków jednojajowych ją posiadający powinien być znacząco wyższy od procentu bliźniaków dwujajowych. I tak się dzieje z homoseksualizmem – procentowe wartości odpowiednio wynoszą 57 % i 25 % (akurat w badaniach Hamera, ale takich badań o podobnych wynikach przeprowadzono kilkanaście).
I wreszcie trzeci zaskakujący wynik: Hamer zbadał genealogie rodzinne badanych homoseksualistów i okazało się, że homoseksualizm w statystycznie znaczący sposób występował również wśród kuzynów i wujków od strony matki, a od strony ojca – nie. Interpretacja sama się narzuca: homoseksualista się nie rozmnaża. Gdyby to męskie geny wpływały na orientację homoseksualną, bardzo szybko znikłaby ona z powierzchni ziemi. Angielski genetyk Bryan Sykes w bardzo ciekawej książce „Przekleństwo Adama” (2003) wysuwa w związku z tym faktem hipotezę, że na orientację seksualną mają wpływ mitochadrialne DNA, bo to one jest przenoszone z pokolenia na pokolenie tylko przez kobiety, zatem „ma interes”, by zniechęcać męskich potomków do rozmnażania. (Hamer natomiast bezskutecznie, jak się okazało, szukał takich genów w żeńskim chromosomie X; przeprowadzone w 1999 r. niezależne badania nie potwierdziły jego wyników.)
Jeszcze słowo o procentowych zależnościach wśród lesbijek. Są one zaskakujące: otóż siostra lesbijki ma jedynie 6 % szans zostania lesbijką, co i tak jest wartością wyższą od średniej w populacji, natomiast córka lesbijki aż 33 %. Taka zależność nie może, jak pisze Hamer, wynikać z genów. Zatem wiele na to wskazuje, że żeński homoseksualizm przekazywany jest jednak kulturowo. I jak pozwala sobie Hamer frywolnie zauważyć, pociąg seksualny u kobiet, w przeciwieństwie do mężczyzn, zależny jest bardziej od czyjejś indywidualności, niż kształtu genitaliów. J
Co z tego wynika? Na przykład to, że Grzegorz Górny z Frondy w jednym z artykułów przedwcześnie odtrąbił zwycięstwo zwolenników opcji homoseksualizmu nabywanego a nie wrodzonego, a co za tym idzie: psującego a nie różnicującego ludzką naturę (któż to twierdził, że wśród Polaków najwięcej jest… lekarzy?). Aby coś takiego zasadnie twierdzić, trzeba dokonać nie lada wyczynu: trzeba wykazać, że wszyscy (!) posiadacze skłonności homoseksualnej ją nabywają, i nie ma wśród nich ani jednego (!), który się z nią rodzi. Oczywiście, w rzeczywistości mogą być tacy, którzy ją nabywają (przypomnijmy sobie, że homoseksualizm nie jest zjawiskiem jednorodnym), i najprawdopodobniej to z pośród nich rekrutują się ci, którzy następnie pod wpływem terapii reparatywnej wracają do założonej normy. Ale przytoczone powyżej fakty naukowe w wystarczający sposób pokazują, że są też tacy, u których orientacja seksualna ma genetyczne podłoże. I jest ich całkiem sporo. Nie da się bowiem inaczej tych statystycznych zależności wyjaśnić. Cbdo.
Skomentuj ~MagCzu Anuluj pisanie odpowiedzi