Tradycyjna etyka katolicka odpowiada, że przedmiotem aktu seksualnego, czyli wewnętrznym celem czynności seksualnych, a zarazem ich skutkiem naturalnym jest prokreacja. Taką odpowiedź znaleźć można u dwóch najbardziej znanych polskich autorów podręczników etyki szczegółowej: ks. Stanisława Olejnika („Katolicka etyka seksualna”) i ks. Tadeusza Ślipki („Zarys etyki szczegółowej” oraz „Życie i płeć człowieka”). Na ich książkach wychowały się pokolenia polskich księży. Co prawda, nie śledzę wszystkich najnowszych publikacji i nie jest mi wiadome, czy któryś z moralistów młodszego pokolenia próbował podać inne rozwiązanie, ale wydaje mi się to mało prawdopodobne.
Zauważcie, że jeżeli Paweł VI w encyklice „Humanae vitae” pisze, iż „konieczną jest rzeczą, aby każdy akt małżeński zachował swoje wewnętrzne przeznaczenie do przekazywania życia ludzkiego” (p. 11), to właśnie formułuje normę moralną wzywającą do poszanowania przedmiotu aktu seksualnego – nieposzanowanie wewnętrznego przeznaczenia (celu) działania związanego z naturą człowieka jest złem moralnym. Zatem słynne papieskie rozstrzygnięcie powtarza jedynie tezę obecną od dawna w tradycyjnej etyce katolickiej. Jak jest ona uzasadniana?
Ks. Ślipko pisze, że analiza płciowości wykrywa w działaniach seksualnych „celowość oraz uwarunkowany przez tę celowość skutek naturalny (przedmiot), którym jest osobowe ludzkie istnienie”. Owa analiza – dodajmy: bardzo ogólna – doprowadza do wyodrębnienia trzech cech płciowości: biegunowej dwoistości (męskiej i żeńskiej), jej prokreatywnej komplementarności (pod względem płciowym potrzebujemy się nawzajem) oraz najważniejszej zdaniem ks. Ślipki cechy – „osobowego charakteru życiotwórczych uzdolnień płciowości” (chodzi o to, że owe uzdolnienia zmierzają do poczęcia dzidziusia jako osoby, a nie tylko jako zlepku komórek). Cechy te razem wzięte wskazują na wspomnianą celowość. Ks. Ślipko od razu jednak czyni zastrzeżenie, jakby uprzedzając wątpliwości: „Celowość ta osadzona na obiektywnym gruncie dynamicznej struktury seksualnego działania nie utożsamia się co prawda z efektywnością, czyli faktycznym wzbudzaniem ludzkiego życia w każdym akcie cielesnego obcowania. Jest natomiast stałą organizacją aktów płciowych, obecną w nich i działającą nawet wówczas, kiedy czynności te nie urzeczywistniają właściwego sobie skutku z powodu określonych biologicznych uwarunkowań (np. starczego uwiądu czy okresowej bezpłodności)”. Już ten cytat wskazuje, że argumentacja ma kruche podstawy i zdaje się wymijać ważne pytania tylko dzięki pewnej metodologicznej niekonsekwencji. Jakiej?
W monografii poświęconej etyce seksualnej („Życie i płeć człowieka”; s. 160) ks. Ślipko zauważa, że „etykę seksualną, jak każdą w ogóle etykę, interesuje przede wszystkim akt i spełniający go podmiot, w tym wypadku osoba zdeterminowana do działania właściwą sobie strukturą płciową”. Zatem dla etyki jest ważna nie tylko struktura osoby, ale także struktura aktu. I nie na darmo ks. Ślipko tej ostatniej poświęcił bardzo precyzyjne i szczegółowe analizy w swoim monumentalnym „Zarysie etyki ogólnej”. Tymczasem przy wyznaczaniu przedmiotu aktu seksualnego autor analizuje (powtórzmy: bardzo ogólnie) jedynie strukturę płciowości. Dochodzi do wniosku, że jej najważniejszym celem jest prokreacja, zatem uznaje, że celowość płciowości jest celowością aktu. I na tym kończy.
Gdyby ktoś się mnie zapytał, czemu służy podział gatunku ludzkiego na dwie płcie, też bym odpowiedział: rozmnażaniu. Ale gdyby zapytał, czy celem każdego działania seksualnego jest rozmnażanie, tu bym się jednak zastanowił. To przecież inne pytanie! Zatem zróbmy to, czego unika ks. Ślipko: przyjrzyjmy się celowości prokreacyjnej z poziomu aktu, wykorzystując skwapliwie analizy z „Zarysu etyki ogólnej”.
Najpierw problemy mniejszej wagi związane z psychologią aktu. Czytamy: „Skutek naturalny zdeterminowany jest wewnętrzną celowością danego działania, dlatego stanowi integralną część jego całości. Wobec tego człowiek, o ile zamierza spełnić daną czynność, tym samym zamierza urzeczywistnić jego skutek naturalny. Obiektywna struktura tej czynności sprawia, że inaczej być n i e m o ż e” (s. 425-426). Jeżeli spełniając akt seksualny niejako automatycznie zamierzamy spłodzić dzidziusia, to jak wytłumaczyć fakt, że niektórzy z nas intensywnie a nawet boleśnie doświadczają starania o dziecko? Jeszcze ciekawsze pytanie powstaje w związku z NPR-em: jeżeli celowo korzystamy z okresów niepłodnych, to jak wytłumaczyć tę dziwną psychologicznie sytuację – jednocześnie zamierzamy począć dzidziusia (podejmujemy akt) i zarazem nie zamierzamy (podejmujemy akt w sprytny sposób)?
Z tym wiąże się poważniejsze pytanie dotyczące już nie psychologii a obiektywnej struktury czynu i jej spójności: czy przedmiotem czynu, czyli jego naturalnym skutkiem, może być cel, który potrafimy w praktyce skutecznie wykluczyć poprzez manipulację okolicznościami? Okoliczności, jak już wiemy, nie należą do istoty czynu, gdyż są czymś zmiennym, zewnętrznym i dlatego nie mającym wpływu na jego stałą wewnętrzną, istotową dynamikę (to je odróżnia od przedmiotu czynu!). Skąd zatem ich zdumiewająca skuteczność w działaniach seksualnych?
Na koniec najbardziej bolesne – jak mniemam – pytanie. Rzeczą świętą w tomizmie jest realizm, który m.in. każe dla każdej abstrakcji szukać fundamentu bytowego. Jak możliwe jest wobec tego zachowanie prokreacyjnej celowości bez takiego fundamentu w okresie postmenopauzy kobiety (kiedy produkcja komórek rozrodczych samoistnie zamiera)? To przypomina uśmiech kota bez kota doświadczony przez Alicję w krainie czarów.
Biorąc powyższe pod uwagę narzuca się pytanie: czy rozwiązanie podane przez ks. Ślipkę i innych etyków tomistycznych nie jest naginaniem rzeczywistości pod z góry przyjętą tezę?
Próba odpowiedzi na ślady tych pytań, którą znalazłem w książkach krakowskiego etyka – w następnym odcinku. W nim też próba mojej analizy celowości ludzkiej seksualności.
Skomentuj ~Farad Anuluj pisanie odpowiedzi