Widzę, że muszę wyjaśnić szerzej kontekst tego cyklu, gdyż pojawia się coraz więcej nieporozumień.
Po pierwsze, moją ambicją ani ambicją tego blogu nie jest chęć zmiany Waszych światopoglądów. Możecie robić z seksem co chcecie i z kim chcecie – to jest Wasza sprawa i Wasza odpowiedzialność. Po drugie, proszę nie imputować mi tez, których nie wypowiedziałem. Powtarzam, jeśli nie wspomniałem o miłości, to nie dlatego, iż uważam ją za nieważną w relacji między dwojgiem ludzi. Nie wspomniałem też o przyjaźni, o wzajemnej trosce, czułości, pomocy i masie innych niezwykle ważnych rzeczy – z prostego powodu: mówię o czymś innym. (Anias, w drodze wyjątku odpowiem na pytanie dotyczące moich prywatnych poglądów: w sytuacji gdy na czas jakiś lub na stałe z powodów medycznych nie mogę współżyć z żoną, uważam, że nic nie powinno się zmienić, dalej ją powinienem kochać, troszczyć się o nią, okazywać czułość i po prostu być z nią. Mało tego, gdyby za czas jakiś moja żona przemieniła się w jakąś trudną do wytrzymania Ksantypę, moim obowiązkiem jako chrześcijańskiego męża, byłoby cierpliwie i z miłością ją znosić, podobnie jak Chrystus cierpliwie i z miłością znosi nasze wady – tak mniej więcej naucza św. Paweł. Nikomu jednak nie zamierzam narzucać takich poglądów.) Po trzecie, cel tego blogu, a w szczególności cyklu o „Humanae vitae”, jest konkretny i skromny: doprowadzenie do dyskusji nad nauczaniem Kościoła, a ostatecznie do jego zmiany. J Po latach badań uważam bowiem, że w niektórych punktach mija się ono z prawdą. Taki cel może wydawać się szalony, a jednak jest realistyczny, przede wszystkim ze względu na „słabość” Kościoła… do rozumu: wiara, choć jako łaska daleko przewyższa rozum, musi być z nim zgodna, gdyż nie może niszczyć „rozumnej natury”. I zamierzam to konsekwentnie wykorzystywać.
Konsekwentnie, czyli m.in. licząc się z realiami. Realia zaś są następujące: już w trakcie soborowego otwarcia na świat, kiedy atmosfera w Kościele przestała przypominać oblężoną twierdzę, pojawiła się tzw. nowa teologia moralna. Jej główni przedstawiciele (Böckle, Schüller, Häring, Knauer, Fuchs, Curran i inni) dążyli do oparcia moralności na nowych, bardziej personalistycznych podstawach. Tradycyjna bowiem teologia moralna oraz etyka zdawały się być skostniałe i nieprzystające do aspiracji współczesnego człowieka. Dowartościowano wolność, przeciwstawiając ją biologicznym uwarunkowaniom, indywidualne sumienie oraz zdolności twórcze człowieka. Dlatego źródła moralności czynu zaczęto postrzegać przede wszystkim w intencji i w porównywaniu dobrych oraz złych skutków, a nie jak tradycyjna etyka: w przedmiocie czynu, czyli w jego bezpośrednim celu. W konsekwencji zanegowano istnienie trwałych norm moralnych, obowiązujących zawsze niezależnie od okoliczności, jak „nie zabijaj”, „nie cudzołóż” czy zakaz antykoncepcji. Nowa etyka była z natury subiektywistyczna, sytuacyjna i prowadziła do moralnego relatywizmu. Na to oczywiście Kościół nie mógł się zgodzić. Już wspominałem, że przedstawiciele nowej teologii moralnej oddali katolickim małżonkom niedźwiedzią przysługę, gdyż Magisterium zwarło szeregi i jeszcze bardziej usztywniło swoje stanowisko. Sprawdźcie sami, czytając np. list kard. Ratzingera do Charlesa Currana, czy analizę Kongregacji Nauki Wiary książki o. Guindona (przez którą przebija miejscami nawet ironia!). Mało tego, sprawa stała się dla Kościoła tak ważna, że wytoczono największe działa, czyli głos zabrał sam Papież.
Generalną rozprawą z nowymi kierunkami – określanymi jako konsekwencjalizm, teleologizm i proporcjonalizm – była ogłoszona w 1993 r. przez Jana Pawła II encyklika „Veritatis splendor„. Papież docenił motywy, które stały się motorem tych teorii: „Pragną one uwolnić człowieka od więzów moralności przymusu, woluntarystycznej i arbitralnej, która może się wydawać nieludzka” (p. 76). Jednocześnie jednak odrzucił, czego można było się spodziewać, ich główne ustalenia: „Należy zatem odrzucić tezę właściwą dla teorii teologicznych i proporcjonalistycznych, wedle której nie można uznać, jako moralnie złego ze względu na swój rodzaj – swój ‘przedmiot’ – świadomego wyboru pewnych określonych czynów i zachowań nie uwzględniając intencji, która kierowała tym wyborem, lub całokształtu przewidywalnych konsekwencji, jakie akt ten ma dla wszystkich zainteresowanych osób” (p. 79). I bardzo mocno wsparł tradycyjną etykę opartą na przedmiocie czynu, starając się pokazać, że nie jest to etyka przymusu czy arbitralna: „Pierwszym i decydującym elementem oceny moralnej jest przedmiot ludzkiego czynu, który decyduje o tym, czy można go przyporządkować ostatecznemu dobru i celowi, którym jest Bóg. To przyporządkowanie rozum dostrzega w samym bycie człowieka, rozpatrywanego w świetle całej prawdy o nim, czyli w jego naturalnych skłonnościach, jego dążeniach i celach, mających zawsze także wymiar duchowy: to właśnie one stanowią treść prawa naturalnego, a więc tego uporządkowanego zespołu ‘dóbr dla osoby’, które służą ‘dobru osoby’ – dobru, jakim jest ona sama i jej doskonałość. Tych też dóbr strzegą przykazania, w których według św. Tomasza zawarte jest całe prawo naturalne” (p. 79). Oczywiście z tego wynika, że „istnieją przedmioty ludzkich aktów, których nie można przyporządkować Bogu, ponieważ są one radykalnie sprzeczne z dobrem osoby, stworzonej na Jego obraz. Tradycyjna nauka moralna Kościoła mówi o czynach, które są ‘wewnętrznie złe’: są złe zawsze i same z siebie, to znaczy ze względu na swój przedmiot, a niezależnie od ewentualnych intencji osoby działającej i od okoliczności” (p. 80). To jakby streszczenie całej katolickiej etyki.
Jestem przekonany, że czyny wewnętrznie złe rzeczywiście istnieją. Zresztą Jan Paweł II za soborową konstytucją „Gaudium et spes” wymienia ich przykłady: „Wszystko, co godzi w samo życie, jak wszelkiego rodzaju zabójstwa, ludobójstwa, spędzanie płodu, eutanazja i dobrowolne samobójstwo; wszystko, cokolwiek narusza całość osoby ludzkiej, jak okaleczenia, tortury zadawane ciału i duszy, wysiłki w kierunku przymusu psychicznego; wszystko, co ubliża godności ludzkiej, jak nieludzkie warunki życia, arbitralne aresztowania, deportacje, niewolnictwo, prostytucja, handel kobietami i młodzieżą, a także nieludzkie warunki pracy, w których traktuje się pracowników jak zwykłe narzędzia zysku, a nie jak wolne, odpowiedzialne osoby; wszystkie te i tym podobne sprawy i praktyki są czymś haniebnym”. Chyba nietrudno się zgodzić z Papieżem – tu intuicje moralne mamy silne. Problem w tym, że Jan Paweł II po tym wyliczeniu dodaje także czyny „związane z praktykami antykoncepcyjnymi, poprzez które akt małżeński zostaje z rozmysłem pozbawiony płodności” (p. 80). Tu intuicja się nam załamuje i aż się prosi, aby to dokładnie zbadać. Już wiecie, jakie pytanie się narzuca: co jest przedmiotem aktu seksualnego?
W poprzednich odcinkach rozważyłem trzy kandydatury: prokreacja, przyjemność seksualna i intymność. Prokreacja powoduje wewnętrzne aporie, przyjemność sama z siebie się nie nadaje. Gdyby się udało w ramach założeń i kategorii tradycyjnej etyki pokazać, że przedmiot jest inny niż prokreacja oraz precyzyjnie go wskazać, taki głos musiałby zostać przez Magisterium poważnie wzięty pod uwagę – właśnie dlatego, że wiara liczy się z rozumnością naszej natury. Czy macie zatem jakieś pomysły?
Skomentuj ~jan Anuluj pisanie odpowiedzi