Wciąż zastanawia mnie „mechanizm” nawrócenia. Nawrócenie jest miejscem chyba najbardziej kluczowym i jednocześnie najbardziej delikatnym oraz trudno werbalizowalnym w naszym życiu religijnym (rozumianym jako nieustannie trwający proces sprzężeń zwrotnych, w którym ateiści widzą „błędne koło”). Katechizm przypomina, że „nawrócenie domaga się przekonania o grzechu” (nr 1848). Gościówa pyta: czym jest grzech? MagCzu w odpowiedzi mówi o przyjaźni z Bogiem i wolności jako jej warunku. Problem w tym, że przyjaźni nie da się zadekretować – nie da się jej sobie czy innym wmówić albo narzucić. Ona przychodzi sama. Tak jak miłość. Jest wpierw łaską, a dopiero potem osobistym wysiłkiem. Stąd paradoksalna natura największego przykazania – miłości Boga i bliźniego, na co zwraca uwagę Benedykt XVI w swojej pierwszej encyklice „Deus caritas est”. MagCzu zatem mówi z wnętrza wiary. A mnie interesuje owa furtka między wnętrzem a zewnętrzem wiary – czyli właśnie nawrócenie.
W katechizmie znajdziemy bardzo wiele określeń grzechu. W jednym tylko punkcie 1849 definiuje się go na kilka sposobów: „Grzech jest wykroczeniem przeciw rozumowi, prawdzie, prawemu sumieniu; jest brakiem prawdziwej miłości względem Boga i bliźniego z powodu niewłaściwego przywiązania do pewnych dóbr. Rani on naturę człowieka i godzi w ludzką solidarność. Został określony jako >słowo, czyn lub pragnienie przeciwne prawu wiecznemu<„. Jest tu tak dużo różnych odniesień, perspektyw i ważnych pojęć, że nie wiemy za co się chwycić. Tak jakby autorzy Katechizmu zdawali sobie sprawę, że rzeczywistości, o której mówią, nie da się pokazać w jednym ogarniającym spojrzeniu. Mamy zatem perspektywę mistyczną: brak prawdziwej miłości do Boga. Mamy podejście jurydyczne: wykroczenie przeciw prawu. Ale mamy też perspektywę egzystencjalną: zranienie natury człowieka.
W moim tekście „Deficyt błogosławionej winy„, do którego odniosła się Gościówa, wybrałem tę ostatnią jako uprzywilejowaną, gdyż zranienie jest najłatwiej empirycznie sprawdzalne. Osoby uzależnione naprawdę dotkliwie doświadczają „niewoli grzechu”. Można by paradoksalnie powiedzieć: mają szczęście! Ale oczywiste uzależnienie – alkoholizm, narkomania czy seksoholizm – okazuje się „szczęśliwą winą” dopiero po nawróceniu. A takiego przeżycia znów nie da się zadekretować czy wymusić na sobie albo innych, podobnie jak odkrycia Bożej miłości do nas, które według Benedykta XVI prowadzi do rozwiązania paradoksu przykazania miłości (przypadek Małej Tereski). Nawrócenie w każdym przypadku, jak się wydaje, jest łaską – czymś, co się nam przytrafia.
W mroźne zimowe noce na klatce schodowej kamienicy, w której poprzednio mieszkałem, nocowała czasem narkomanka w ostatnim stadium uzależnienia – wyglądała jak kościotrup. Miała na imię Monika. Czasem widywaliśmy ją z żoną na plantach. Potem przepadła – prawdopodobnie już nie żyje. Być może nie dane jej było przeżycie „szczęśliwej winy”. Czy Bóg mógł ją zbawić? Nie wątpię w to. Nie wierzę, by wszystko decydowało się tu na ziemi i ostatecznie było od nas zależne. Rozpocząłem swój tekst w Tygodniku od teologicznego stwierdzenia: „by móc się zbawić, musimy się nawrócić”. Właściwie jest ono mylące, skoro nawrócenie nie zależy całkowicie od nas. Nie mogę przecież sobie mocno postanowić: nawracam się i się po prostu nawrócić, tak jak sobie postanawiam: dzisiaj położę się wcześniej spać i kładę się wcześniej spać. To bardziej skomplikowane. Mogę otwierać się na nawrócenie – coraz bardziej uświadamiać sobie, że nie jestem samowystarczalny. I cierpliwie czekać.
Jan Paweł II podaje środki zaradcze na zanik poczucia grzechu: porządna katecheza, zaufanie do Urzędu Magisterium Kościoła oraz szczera spowiedź. Napisałem, że na tym nie można poprzestać. To nie gwarantuje nawrócenia. Nic nie gwarantuje nawrócenia. Dlatego wiary nie można się domagać – zwłaszcza w sferze publicznej. Jeśli wiara ma wpływ na życie publiczne, to jedynie pośrednio – poprzez nasze osobiste nawrócenie. To właśnie miał na myśli anonimowy autor Listu do Diogneta, gdy w II wieku pisał, że „czym jest dusza w ciele, tym są w świecie chrześcijanie”.
Wiary nie można zbudować w swoim życiu według skutecznego przepisu, jak jakieś ambitne przedsięwzięcie. Zbudować można kościół, zorganizować katechezę, publiczny kult, struktury – ale to wszystko jest zaledwie „preambula fidei” (przedsionek wiary). Gdy się tylko do tego ograniczymy, budujemy religię, a nie wiarę. Wtedy nie ma różnicy między chrześcijaństwem a innymi religiami, choćby pogańskimi (które były przecież bardzo pobożne i społecznie pożyteczne!). To nie przekreśla chrześcijaństwa, które przecież także jest religią zaspokajającą liczne naturalne potrzeby religijne. Poganin to ktoś jak najbardziej naturalny. Wiara nie niszczy poganina we mnie, ona go nadobficie zaspokaja. Ale jeżeli zatrzymamy się tylko na tym poziomie, pozostaniemy chrześcijańskimi poganami. Przyznajmy, że mamy taką tendencję, bo przecież ciągłe otwarcie, cierpliwe czekanie i wytrwałe szukanie może się w końcu znudzić – stan zawieszenia w „przedsionku wiary” nie jest komfortowy.
Gdy próbowałem zasugerować, że nawrócenie jest przeżyciem zrozumienia, które do nas przychodzi i nas przemienia, Gościówa napisała, że taka jest właśnie gnoza. Rzeczywiście gnoza jest blisko chrześcijaństwa – przecież wyrosła na jego glebie, ale jest czymś innym. Na ile ją rozumiem, jest elitarną wiedzą dostępną nielicznym wybrańcom – stąd jej naturalna pycha. Wystarczy, że dowiem się jaka jest prawda, by się zbawić. Prawda w wierze przychodzi natomiast z zewnątrz, często wtedy, kiedy się jej najmniej spodziewamy lub nie jesteśmy na nią przygotowani. Dlatego obdarowuje zarazem pokorą – to jej znak rozpoznawczy. (Dlatego też nie ufam tym, którzy np. wynoszą się nad kogoś, kto, jak Węcławski, stracił wiarę, albo się nad nim z faryzejską troską pochylają – nazwiska publicystów miłosiernie pominę J.)
Na koniec jeszcze o dziwnym dogmacie, ogłoszonym na Soborze Watykańskim I. Prawie na początku Katechizmu czytamy: „>Święta Matka Kościół utrzymuje i naucza, że naturalnym światłem rozumu ludzkiego można z rzeczy stworzonych w sposób pewny poznać Boga, początek i cel wszystkich rzeczy<. Bez tej zdolności człowiek nie mógłby przyjąć Objawienia Bożego” (nr 36). Jeśli ta możliwość poznania Boga za pomocą naturalnego światła rozumu oznacza, że musimy przyjąć Objawienie jako coś oczywistego, wiara nie będzie się niczym różnić od wiedzy, a chrześcijaństwo od gnozy. Jeżeli jednak ten dogmat chce tylko wskazać, że istnieje jakaś niezbędna inteligibilność i łączność naszego życia z perspektywą przygotowaną przez Boga w zbawieniu, to możemy spokojnie czekać na nawrócenie.
Skomentuj ~Jarema Piotr Piekutowski Anuluj pisanie odpowiedzi