W tekście „Małżeńska intymność” zaproponowałem rozstrzygnięcie alternatywne wobec „Humanae vitae”, nie odwołujące się bezpośrednio do prokreacji, tylko do intymności seksualnej jako trwałej relacji między kobietą i mężczyzną. Choć takie ujęcie wymaga dalszych badań, sądzę, że lepiej oddaje nasze doświadczenie i intuicje moralne. Dwa przykłady. Mamy silne poczucie, że gwałt godzi w samą istotę seksualności, a nie tylko w prawo do samostanowienia. Tymczasem tradycyjne nauczanie, by uzasadnić zło gwałtu, musi odwoływać się do bardziej podstawowej reguły moralnej (zasady sprawiedliwości), gdyż bezpośrednio gwałt nie narusza prokreacji jako przedmiotu stosunku. Zauważmy, że w sposób drastyczny narusza natomiast właśnie intymność seksualną. Drugi przykład: tradycyjna etyka jest bezradna wobec instrumentalnego traktowania partnera seksualnego jako tylko reproduktora. Czujemy wyraźnie, że takie nastawienie (tylko na prokreację, a nie na partnera) jest niewłaściwe. Prowadzące do instrumentalizacji utożsamienie motywu działania (prokreacji) z przedmiotem działania (prokreacją) w tradycyjnym ujęciu zmuszeni bylibyśmy uznać za wręcz wzorcowe zachowanie! MagCzu wspominała już kilkakrotnie, że m.in. z tym problemem zmagał się Karol Wojtyła w „Miłości i odpowiedzialności”.
Rozstrzygnięcie, czym jest przedmiot aktu seksualnego, pozwala zakreślić moralne ramy seksualności. Poza nimi użycie seksualności nie służy najgłębszym aspiracjom człowieka i nie pozwala na jego rozwój. Rozumiem to tak, że używając swojej seksualności poza ramami trwałej, wzajemnej i wyłącznej intymności człowiek traci o wiele więcej, niż jej nie używając.
Te obiektywne ramy działania stanowią warunek konieczny rozwoju, ale ze względu na ułomność naszej ludzkiej kondycji nie są wystarczające. Chodzi o to, że człowiek jakby „z natury” nie radzi sobie ze sobą. Język religijny powołuje się w tym przypadku na grzech pierworodny. Dogmat o grzechu pierworodnym przestrzega, że nasze poczucie całkowitej władzy i kontroli nad własnym życiem jest ostatecznie iluzoryczne. Przejawia się to przede wszystkim tym, że różne siły, które zastajemy w sobie, próbują zająć miejsce naszego „ja” i faktycznie mniej lub bardziej nieświadomie im się poddajemy. Z determinacją realizujemy nasze projekty życiowe, ale gdy się uważniej przyjrzymy, co dla nas jest naprawdę ważne i dlaczego, spostrzeżemy u źródeł naszych działań i reakcji wiele lęku, zranień, egoizmu (jakby z natury mamy kłopoty z empatią i porozumieniem z innymi). Sam z siebie człowiek nie jest w stanie się realizować: ostatecznie działa na ślepo, obijając się o skutki sprzecznych sił, które nim powodują.
Tymczasem miłość jest bezwarunkową akceptacją drugiego. Z jednej strony wymaga ode mnie „otwartości, bezbronności, oddania i szczerości”, z drugiej – akceptacji tych wszystkich sił w kochanej osobie, które nią kierują i nie pozwalają się nam do końca spotkać. Jak zatem w ogóle jest możliwa? – pyta Nouwen („Intymność”).
Zanim spróbuję za Nouwenem odpowiedzieć, zauważę jedną rzecz. Teksty w rodzaju: „nie radzimy sobie z życiem”, „ostatecznie jesteśmy słabi i bezradni”, irytują mnie i podejrzewam, że nie jestem w tym odosobniony J. Spróbowałem się jednak zastanowić, dlaczego mnie irytują. I tu chyba rację ma Nouwen, mówiąc, że jeśli przyznamy się do słabości, narażamy się na manipulację ze strony bliźnich – inni na pewno wykorzystają przeciwko nam wiedzę o naszej słabości. Nouwen pisze, że wtedy staniemy się w ich rękach jak filiżanka, którą dowolnie można obracać i odstawić, gdzie się komu podoba. Po prostu boimy się schodzić na taki poziom intymności w rozmowie, byśmy mogli bezpiecznie okazać swoją słabość. I w życiu rzeczywiście bez przerwy ukrywamy naszą prawdziwą naturę – nawet przed sobą. To odruch.
Na dłuższą metę taki odruch prowadzi jednak do dwóch negatywnych skutków. Nouwen pisze, że odruchowo w samoobronie wchodzimy w strukturę panowania – próbujemy innych uprzedzić i zdobyć nad nimi władzę. Prowadzi to do coraz większej izolacji. Tak dziać się może także w małżeństwie. W postawie tej można dojrzeć również nieustanny aktywizm – coś na kształt: muszę ciągle pływać, bo utonę. Polecany przeze mnie w poprzednim wpisie o. Stinissen radzi mimo to: zatrzymaj się, nie utoniesz, w ciszy i pustce spotkasz Boga, a On cię przemieni. Zauważcie, że to Bóg ma nas przemieniać (o ile Mu na to pozwolimy). Zatem nic na siłę! Do tekstów, które mnie irytują, należy także ten: „musisz umrzeć, by zmartwychwstać”. Nie, to nie j a muszę umrzeć, ja mam jedynie pozwolić, by w Bożej obecności umarło to, co naprawdę nie jest mną. Spodziewam się, że gdy odważę się na taki poziom intymności wobec Boga, by stanąć w całkowitej „nagości”, nie będzie mi wtedy szkoda tego, co „utracę”. Zatem nic na siłę! (Nawiasem mówiąc, o tym wspominałem już w tekście „Deficyt błogosławionej winy„.)
Nouwen pisze, że jeśli odważymy się stanąć w takiej intymnej bezbronności wobec męża czy żony, wtedy struktura panowania ma szansę przeradzać się w miłość. „W miłości mężczyźni i kobiety odrzucają wszelkie formy władzy, obejmując się stają się bezbronni. Nagość ich ciał jest symbolem całkowitej bezbronności i oddania. (…) Kiedy poprzez troskliwy rozwój swojego związku osiągają wolność całkowitego rozbrojenia, wtedy ich oddanie staje się również przebaczeniem, ich nagość nie przynosi wstydu, lecz pragnienie dzielenia się, a zupełna bezbronność jest podstawą wzajemnej siły. W stanie absolutnej bezbronności rodzi się nowe życie – to jest tajemnica miłości. Władza zabija. Słabość tworzy. Stwarza autonomię, samoświadomość, wolność. Rodzi otwartość na dawanie i przyjmowanie we wzajemnej zależności”. Wówczas – dodam – budując intymność seksualną, nie musimy się martwić o nasze motywy i intencje.
To są intuicje zaledwie, ale otwierające według mnie bardzo ciekawe perspektywy. Czy tak się rzeczywiście dzieje? Nie wiem. O to należałoby pytać małżonków bardziej ode mnie duchowo doświadczonych.
Na koniec jeszcze dwie uwagi, warte rozwinięcia w innych wątkach.
Dopiero i tylko w warunkach intymności duchowej (zaledwie naszkicowanej powyżej) dziać się mogą rzeczy wielkie: miłość, przebaczenie, nawrócenie, śmierć i zmartwychwstanie… Przyszło mi do głowy, że chrześcijaństwo powstało właśnie głównie po to, żeby stwarzać warunki do takiej intymności i dbać o nie. Kościół zatem powinien być miejscem intymności duchowej. Czy w praktyce jest i pamięta o tym, żeby być takim miejscem? Przy okazji przypomniałem sobie boje o to, by wiara miała wymiar publiczny i nie była spychana do prywatności. Czy to rzeczywiście największy problem? Czy jeszcze większym problemem nie jest fakt, że nie dbamy w Kościele o warunki dla intymności duchowej? Intymność nie łączy się w sposób konieczny z prywatnością – nie chodzi więc o „prywatyzowanie” wiary. Przypomnijmy sobie ostatnie chwile życia Jana Pawła II: on zdobył się na odwagę ukazania całemu światu swojej fizycznej słabości i umierania. Intymność osiągnęła wówczas wręcz wymiar globalny. Działy się wielkie rzeczy…
I druga uwaga. Jan Paweł II poświęcił sprawie duchowości małżeńskiej i „teologii ciała” cykl ponad stu katechez zatytułowany „Mężczyzną i niewiastą stworzył ich”. Mówił w nich m.in. o spontaniczności w seksie, że ma ona różne poziomy i nie powinna być zbyt płytka, bo wtedy kierują nami mało szlachetne odruchy. To wydaje się ciekawe… Już kilka osób pytało na tym blogu, dlaczego się do tych katechez nie odnoszę. Być może jest właśnie po temu okazja…
Skomentuj ~dorota Anuluj pisanie odpowiedzi