Z powodu procesu sądowego i dożywotniego wyroku na pierwsze strony gazet powróciła bulwersująca sprawa „potwora z Amstetten”. W ostatnim czasie ujawniono i nagłośniono także kilka polskich przypadków wieloletnich kazirodczych gwałtów dokonywanych przez patologicznych ojców na swoich córkach. Nie chcę ani was, ani siebie katować szczegółami tych historii. Przerasta mnie pytanie, jak człowiek jest zdolny do takich potworności i to względem swoich najbliższych. Gdy mimo wszystko ktoś chce się z tym tematem mocować, odsyłam go do wnikliwego artykułu ks. Jacka Prusaka w najnowszym numerze „TP”.
Wspominam o tych przypadkach, których potworność i zło jest oczywiste, by przyglądnąć się problemowi, który sam w sobie jest oczywisty tylko na pierwszy rzut oka: na czym polega moralne zło kazirodztwa? Zapewne nie pytałbym o to, gdybym swego czasu nie zwrócił uwagi na kłopoty św. Tomasza z uzasadnieniem tego zła. Wydaje się to zaskakujące, gdyż mamy silną intuicję słuszności zakazu stosunków seksualnych matki z synem, ojca z córką czy brata z siostrą. Antropolodzy potwierdzają, że zakaz ten należy do najbardziej powszechnych – z nielicznymi i bardzo ograniczonymi wyjątkami funkcjonuje właściwie we wszystkich zbadanych społecznościach i kulturach. Ale żeby przekonać was, że sprawa nie jest taka prosta, przypomnę przypadek sprzed kilku lat niemieckiego rodzeństwa, które zostało rozdzielone w okresie niemowlęctwa. Po latach, już jako młodzi ludzie, spotkali się, zakochali w sobie, rozpoczęli współżycie, doczekali się dzieci, a ów chłopak kilkakrotnie trafiał do więzienia za przestępstwo kazirodztwa. Wtedy obydwoje z przekonaniem mówili, że są wstanie znieść każde prześladowanie, gdyż się kochają. Pomyślałem wówczas, że społeczeństwo ich podwójnie skrzywdziło: najpierw rozdzielając we wczesnym dzieciństwie i umieszczając w różnych rodzinach zastępczych, potem – rozdzielając już jako parę, by zniszczyć miłość, która nie z ich winy jest kazirodcza.
Św. Tomasz bardzo surowo ocenia kazirodztwo: w rankingu czynów rozpustnych umieszcza je na wysokiej drugiej pozycji, zaraz po „grzechach przeciwnych naturze” (zoofilii, homoseksualizmie, seksie analnym i oralnym oraz… masturbacji), a przed cudzołóstwem i nierządem – zamykającym ranking jako najmniej groźne zło, gdyż godzące jedynie w dobro ewentualnie mogących się począć dzieci. Ta ostra ocena kontrastuje z mało oczywistym uzasadnieniem. Akwinata podaje trzy argumenty, z których pierwszy i najważniejszy zdradza w ogóle dwuznaczny stosunek św. Tomasza do seksu. Pisze mianowicie, że stosunki seksualne z krewnymi i powinowatymi sprzeciwiają się „należytemu użyciu czynności płciowych”, gdyż… uwaga!… „w czynnościach płciowych zachodzi pewna brzydota [turpitudo] nie harmonizująca z czcią należną tego rodzaju osobom”. (Wynikałoby z tego, że owa dostrzegana przez Świętego w seksie „brzydota” w jakiś tajemniczy sposób nie wpływa niekorzystnie na cześć należną współmałżonkowi, albo po prostu taka cześć się jemu nie należy. J) Pozostałe argumenty brzmią następująco: „po drugie kazirodztwo dawałoby zbyt łatwą sposobność do stosunków płciowych, wskutek czego ułatwiona rozpusta zbyt rozmiękczałaby ducha ludzi” oraz „po trzecie kazirodztwo przeszkadzałoby w przyjaźni z innymi rodzinami”. Przyznacie, że uzasadnienie nieco dziwne.
Co ciekawe, naszą intuicję specjalnie nie rozjaśni także Katechizm, który w punkcie 2388 najpierw cytuje emocjonalną wypowiedź św. Pawła: „W imię Pana naszego Jezusa… wydajcie takiego szatanowi na zatracenie ciała” (1 Kor 5,5), by enigmatycznie dodać: „Kazirodztwo niszczy związki rodzinne i jest oznaką cofnięcia się do zwierzęcości”. O ile pierwsza uwaga – niszczenie związków rodzinnych – wydaje się wskazywać właściwy kierunek, o tyle druga – cofanie się do zwierzęcości – jest strzałem w powietrze. Sytuacja jest bowiem odwrotna: współcześni biolodzy-ewolucjoniści wykazują, że silne kazirodcze tabu odziedziczyliśmy właśnie po zwierzęcych przodkach.
Jak podaje znana amerykańska antropolożka Helen Fisher w arcyciekawej „Anatomii miłości”, etolodzy zaobserwowali bardzo niewiele przypadków stosunków kazirodczych wśród wyższych naczelnych. „Wszelako zawsze jedno z partnerów jest wyraźnie niechętne współżyciu, które często poprzedzone jest zażartą walką” (gwałt?) – dodaje Fisher. Opisuje także przypadek dramatyczny: poczęte z kazirodczej kopulacji szympansiątko zostało tuż po porodzie rozszarpane przez stado. Antropolożka jest przekonana, że nasi przodkowie z Cro-Magnon, skoro myśleli już symbolicznie (malowidła na ścianach jaskiń), przestrzegali jakiegoś kodeksu moralnego, wśród którego zakazów znajdować się musiały stosunki z najbliższymi krewnymi. Miało to zapewne społeczne, ekonomiczne, czy zdrowotne racje, ale najważniejsza przyczyna wydaje się mięć podłoże genetyczne: mamy naturalną skłonność do seksualnej niechęci wobec bliskich. Potwierdza to kilka interesujących badań, których obiektem były dzieci wychowujące się razem w izraelskich kibucach. O ile dzieci te mniej więcej do 12 roku życia (początek okresu adolescencji) nie stroniły od zabawy „w lekarza”, po osiągnięciu tego wieku zaczynały się siebie wstydzić, by w wieku ok. 15 lat tworzyć już silne relacje, do złudzenia przypominające więzi między rodzeństwem. Choć osoby wychowywane w kibucach nie były z sobą spokrewnione, nie wchodziły w związki małżeńskie, nie zdarzały się nawet zwykłe romanse.
Sądzę, że przebywanie ze sobą w okresie wczesnego dzieciństwa i dorastania – a więc w czasie, kiedy rozwija się nasz mózg – tworzy tak silne relacje i w sposób tak znaczący wpływa na naszą osobowość, że wykluczone stają się relacje seksualne, także przecież bardzo silne i kształtujące naszą osobowość (małżeństwo to również wieloletnie przebywanie ze sobą, tyle że w wieku dorosłym). Jedno z drugim nie da się pogodzić – po prostu w taki sposób genetycznie skonstruowana jest nasza natura. Dlatego relacja seksualna, nakładająca się na relację brat-siostra, a zwłaszcza na fundamentalną dla naszego życia relację rodzic-dziecko, zawsze będzie się wiązać z krzywdą i ze spustoszeniem osobowości, a jej geneza zawsze będzie patologiczna i do patologii prowadząca.
Co z tego wynika?
Problem moralnego zła kazirodztwa jest z pewnych względów pouczający. Po pierwsze mamy, jak już wspominałem, silną jego intuicję i nie potrzebujemy być przez nikogo w tej sprawie pouczani. Ale – jak już też pisałem – etyka jest nauką, która mimo wszystko stara się racjonalnie uzasadniać normy, których przestrzeganie podpowiada nam intuicja czy – ściślej – doświadczenie moralne. I tu niespodzianka: katolicka etyka wykazuje pewną bezradność w uzasadnianiu tak silnie intuicyjnej normy (przypomnijmy: „cofnięcie się do zwierzęcości”). Skąd owa bezradność? Ano, jak sądzę, stąd, że dzisiaj, by uprawiać etykę, nie wystarczy czytać św. Tomasza, trzeba coraz odważniej sięgać do współczesnej wiedzy – zwłaszcza do tej, którą Anglosasi określają jako tzw. neuroscience. Takie podejście jest, moim zdaniem, nieuniknione. Pytanie tylko, czy wystarczy?
Skomentuj ~niezapominajka Anuluj pisanie odpowiedzi