Kilkakrotnie na blogu pojawiały się pytania o homoseksualizm. Długo się broniłem, bo wiedziałem, że to temat trudny. Stali bywalcy bloga być może pamiętają, że dałem się wciągnąć dopiero, gdy natrafiłem na autoprezentację młodego homoseksualisty-katolika, który na swoim blogu napisał: „Lubię książki, nie lubię siebie”. To krótkie zdanie zrobiło na mnie wrażenie, gdyż też lubię książki, czasem nawet wkurzam się na siebie, ale stwierdzenie „nie lubię siebie” idzie o wiele dalej – ma w sobie coś niepokojącego, destrukcyjnego.
Od tego czasu czytałem, co na ten temat znalazłem. Gdy portal Tezeusz zaproponował mi wzięcie udziału w debacie o tolerancji, wiedziałem, że chcę pisać o homoseksualizmie. Owoc jest na stronie Tygodnika oraz na Tezeuszu (polecam ten portal, są na nim ciekawe rzeczy niezależnie od samej debaty).
Główna myśl tekstu jest taka: Kościół moim zdaniem pośpieszył się w krytyce homoseksualizmu. Potępił nie tylko działania (czego można się było spodziewać), ale także samą skłonność. Wiele tym samym zaryzykował, gdyż wciąż nie znamy natury i genezy homoseksualizmu, choć coraz więcej na ten temat nauka wie. Jeśli lepiej poznamy, czym jest i skąd się bierze homoseksualizm, może się okazać, że Kościół, potępiając skłonność, potępił zarazem zdolność kochania, czyli dość poważnie uderzył w tych ludzi, np. odbierając im nadzieję i sens życia. Kto wie, czy nie okaże się także współwinny tych licznych samobójstw zwłaszcza wśród młodych homoseksualistów (odsetek samobójstw jest wśród nich wyższy niż wśród ich heteroseksualnych rówieśników). To sprawa naprawdę poważna!
Zatem najistotniejsze zdaje się być pytanie: na ile głęboko skłonność czy orientacja homoseksualna związana jest z samą seksualnością? Czy można jedną oddzielić od drugiej, i potępić skłonność, nie naruszając zarazem seksualności oraz jej ważnego wpływu na osobę? Odwołuję się tu do ciekawego zapisu z Katechizmu: „Płciowość wywiera wpływ na wszystkie sfery osoby ludzkiej w jedności jej ciała i duszy. Dotyczy ona szczególnie uczuciowości, zdolności do miłości oraz prokreacji i – w sposób ogólniejszy – umiejętności nawiązywania więzów komunii z drugim człowiekiem” (punkt 2332). Jeżeli tak, to nie można bezkarnie potępiać ważnych elementów płciowości. Co zatem jeżeli takim ważnym elementem okaże się orientacja seksualna (a wiele za tym przemawia)?
Część z Was już czytała ten tekst i zdążyła skomentować. Dostało mi się głównie za obronę wstrzemięźliwości dla homoseksualistów. Gościówa np. pisze, że jestem niekonsekwentny i się asekuruję: „Czyli mówisz, że homoseksualiści mogą i powinni realizować swoją płciową zdolność kochania. Otóż mogą się nawzajem kochać, ale tylko platonicznie. 🙂 Przecież to jest śmieszne”. Nie wiem, dlaczego miłość ma się od razu kojarzyć z seksem? J
Mówiąc poważniej, mój tekst szuka dla homoseksualistów miejsca wewnątrz Kościoła i jest pisany z perspektywy zakładającej sens istnienia takiego dziwnego zbiorowiska jak Kościół. Innymi słowy, rozważam, co jest do przyjęcia w Kościele i zarazem maksymalnie sprzyja homoseksualistom. Otóż nie sądzę, by kiedykolwiek Kościół zgodził się na moralne uznanie czynów homoseksualnych. Jak sobie to wyobrażacie? Że zrezygnuje z nauczania o seksie jedynie w obrębie otwartego na płodność heteroseksualnego małżeństwa? Moim zdaniem wówczas posypałaby się cała etyka seksualna nauczana w Kościele: dopuszczalny stałby się seks zarówno przed, jak i poza małżeński. Ostatecznie: zupełna dowolność.
Wracając do tej wąskiej kładki, którą staram się kroczyć, nasza seksualność, a więc także ogólnie wrażliwość uczuciowa i zdolność kochania, nie muszą bezwzględnie zmierzać do seksu. Wyjątkowo zmierzają (w otwartym na płodność związku kobiety i mężczyzny). Na co dzień budujemy mnóstwo sensownych, wartościowych i satysfakcjonujących relacji, nie angażując przecież do końca seksualności. I tego się można trzymać, uważam, bez większej szkody dla ciała i ducha.
Skomentuj ~Bozena Anuluj pisanie odpowiedzi