Z powodu nowotworu 40-letniemu mężczyźnie amputowano prącie. Psychoonkolożka, która z nim rozmawia, orientuje się, że żaden z lekarzy nie poinformował go, co z jego seksualnością w nowej sytuacji. Terapeutka sama musi zasięgnąć rady urologów. „Dowiedziałam się, że jedynym w tej sytuacji sposobem na przywrócenie rozkoszy jest masaż prostaty przez odbyt” – cytuje jej słowa autor opublikowanego w „Polityce” intrygującego artykułu „Kochać się mimo choroby„. „Wystarczyło podsunąć ten pomysł parze, choć wszyscy byli zażenowani. Kilka tygodni później terapeutka otrzymała kartkę z podziękowaniem: <Jeszcze nigdy nie odczuwałem z żoną takiej bliskości jak teraz>” – pisze Paweł Walewski.
Ta historia (o której przeczytałem dzięki niezawodnemu Politologowi i linkom wklejanym przez niego na tym blogu) dała mi do myślenia. Po pierwsze, nauczyła mnie pokory. Rzeczywistość jest zdecydowanie bardziej zaskakująca niż nasze ewentualne lęki i uprzedzenia. Okazuje się, że nie ma nieseksualnych części ciała. Każdy jego fragment może okazać się przy pewnych okolicznościach potrzebny czy wręcz niezbędny.
Po drugie, uświadomiłem sobie, jak w takich trudnych życiowych sytuacjach musi być zapewne potrzebna bliskość, którą daje seks. Jestem zdecydowanym zwolennikiem, by dbać o seks, nawet wtedy, gdy o niego trudno, a raczej powinienem napisać – zwłaszcza wtedy, gdy o niego trudno. Być może jest tak, że w sytuacji zdrowia i pełnej seksualnej sprawności, nie potrafimy docenić jej dobrodziejstw. Dopiero, gdy seks jest zagrożony, zdajemy sobie sprawę, jak jest w naszym małżeńsko-partnerskim życiu ważny. Zupełnie zresztą niezależnie każde życiowe wyzwanie potrzebuje energii i wsparcia. A co dopiero takie wyzwanie, jak poważna choroba nowotworowa.
Po trzecie, obawiam się, że wbrew temu, co napisałem wyżej o potrzebie i wartości seksu w sytuacji niepełnosprawności, przy pomocy kościelnego nauczania nie da się usprawiedliwić współżycia innego niż pełny stosunek. Dwie sprawy za tym świadczą.
W 1975 roku Kościół w deklaracji Kongregacji Nauki Wiary „Persona humana” podał kryterium moralnej oceny wszelkich zachowań seksualnych. Przypominam, że brzmi ono tak: „Bez względu na świadomy i dobrowolny motyw użycie władz seksualnych poza prawidłowym pożyciem małżeńskim w sposób istotny sprzeciwia się ich celowości. W takich przypadkach brakuje bowiem relacji seksualnej wymaganej przez porządek moralny, która urzeczywistnia w kontekście prawdziwej miłości pełny sens wzajemnego oddania się sobie i przekazywania życia ludzkiego” (nr 9).
Dokument nie pozostawia wątpliwości: jakiekolwiek działanie seksualne inne niż pełny stosunek małżeński, jeśli jest świadomie zamierzone, zawsze jest tzw. czynem wewnętrznie złym, czyli moralnie nagannym niezależnie od okoliczności i nawet najlepszych intencji. Jest tak dlatego, że „według tradycji chrześcijańskiej i nauki Kościoła oraz wskazań prawego rozumu, porządek moralny w obrębie ludzkiej płciowości obejmuje dobra życia ludzkiego tak wielkiej wartości, że jakiekolwiek bezpośrednie naruszenie tego porządku jest obiektywnie wykroczeniem ciężkim” (10). Jedyną okoliczność łagodzącą stanowi ludzka słabość („Ze względu na rodzaj i przyczyny grzechów natury seksualnej, zdarza się, że nie występuje w nich w pełni wolne przyzwolenie”).
Zatem w przypadku kochania się po amputacji prącia z konieczności „brakuje relacji seksualnej wymaganej przez porządek moralny, która urzeczywistnia w kontekście prawdziwej miłości (…) pełny sens przekazywania życia ludzkiego”.
Taką surową interpretację niejako potwierdza traktowanie impotencji przez Kodeks Prawa Kanonicznego jako jednej z przeszkód do ważności małżeństwa. Przypominam, że sama niepłodność nie jest przeszkodą, ale Kościół wymaga do ważności małżeństwa, by para była zdolna fizycznie i psychicznie do dokonania pełnego stosunku seksualnego. Zdaniem Kościoła jest to dla małżeństwa istotne. Co prawda, jeśli taka zdolność zostaje utracona w trakcie zawartego już małżeństwa, nie traci ono ważności, ale dlatego, że prawo nie działa wstecz, a nie dlatego, że zachowanie inne niż pełny stosunek także jest „małżeńskie” (czyli moralnie dobre).
Moim zdaniem, już sama wątpliwość co do słuszności używania seksu w sytuacji niepełnosprawności świadczy za rygoryzmem nauczania Kościoła w dziedzinie małżeńskiej etyki i wskazuje, że to nauczanie wymaga jednak przemyślenia. Między innymi o tym mówiłem na spotkaniu z duszpasterstwem rodzin u warszawskich dominikanów na ul. Freta 10.
Skomentuj ~Robert Anuluj pisanie odpowiedzi