W poprzednim wpisie próbowałem pokazać trudności w docieraniu do autentycznego doświadczenia moralnego, które pozwalałoby małżonkom w pełni utożsamić się z nauczaniem Kościoła w dziedzinie etyki małżeńskiej. Przy okazji zasugerowałem, że takie trudności są powszechne (mówiłem jakby „w imieniu” wierzących małżonków). Faktem jest, że wiele małżeństw rzeczywiście ma z tym kłopot. Ale czasem spotykam w internecie także świadectwa małżeństw, które, jak się wydaje, bez większych problemów akceptują nauczanie Kościoła i są szczęśliwe. Jak to więc jest?
Najpierw fragment takiego świadectwa ze wspomnianego już przeze mnie forum:
Nie wiem, może mam to „szczęście”, że rozmaitych traumatycznych, że tak powiem, przeżyć już w życiu trochę miałam, więc zmieniła mi się diametralnie skala porównawcza. Dla mnie nie jest problemem oczekiwanie trzech tygodni na fazę niepłodną. Są duuużo gorsze rzeczy w życiu, na które trzeba czekać. M.in. doświadczyłam strachu, bólu i oczekiwania na wyniki z onkologii bliskich mi osób i to miesiąc w miesiąc przez parę lat, co to znaczy wstawać do chorej osoby parę razy w nocy przez parę lat, przewijać, myć, zmieniać pampersy, karmić odżywkami, witaminkami, soczkami… itd. zupełnie jak małe dziecko, widziałam jak odchodzą młode osoby, jak odchodzi mój Tato itd., Widziałam ból moich przyjaciół, których dzidziuś urodził się z nie do końca ukształtowaną rączką, i innych, którzy czekają już trzy lata na dziecko i nic… to jest dopiero prawdziwe oczekiwanie… To są naprawdę trudne sprawy, których nikomu nie życzę doświadczać, ale czasami warto spojrzeć trochę z boku na swoje uczucia i problemy… i dziękować Bogu za to, co się ma… i rozwijać to, co się posiada… i prosić, żeby do tych „małych, codziennych problemów” też zaglądał i pomagał je rozwiązywać…
To przejmujące słowa. Cierpienie, na które jesteśmy skazani, na pewno zmienia naszą skalę porównawczą. W artykule, publikowanym w Tygodniku na Wszystkich Świętych, napisałem, że cierpienie, choć samo jest czymś złym i chorym, potrafi leczyć nas z różnych duchowych chorób – taki dziwny paradoks naszej zwariowanej rzeczywistości. Ale czy przywraca nam zmysł moralny?
Na pewno nas hartuje – sprawia, że potrafimy więcej znieść, skłonni jesteśmy do większych poświęceń. Zapewne także wzmacnia naszą odporność na pokusy, np. na pokusę opuszczenia kogoś w chorobie. Natomiast nie jestem pewny, czy potrafi wskazywać, co jest moralnie dobre, a co złe. Czym innym jest bowiem umieć cierpliwie znosić ofiary wymagane przez moralne zobowiązania, a czym innym jest rozumieć, że dane zobowiązanie ma moralny charakter i wymaga ofiary. Przy czekaniu na wynik badań onkologicznych nie ma co rozumieć, po prostu truchlejemy z niepokoju. Przy przedłużającym się w nieskończoność czekaniu na fazę niepłodną jest co rozumieć, więcej – rozumieć trzeba, gdyż bez rozumienia taka ofiara, choć zdawać by się mogło – niewielka, może jednak być niszcząca.
Sądzę, że zakładać z góry sens cierpienia można tylko wtedy, gdy jest ono nieuchronne. Gdy nie jest nieuchronne, mamy obowiązek badać, czy cierpienie ma sens, np. czy rzeczywiście stanowi w danych okolicznościach moralny wymóg. Przyjrzyjmy się sytuacji, która to wyraźnie pokazuje:
Świadkowie Jehowy wierzą, że Bóg zakazuje przetaczania krwi. Ta wiara odwołuje się do pewnych fragmentów Biblii, w których krew postrzegana jest jako siedlisko życia, a przecież Panem życia jest tyko Bóg (Rdz 9,4; Kpł 17,10-16; Dz 15,20). Zatem krew jest nienaruszalna, tak jak życie, bo „należy do Pana”. Dzięki nauce wiemy dzisiaj, że zjawisko życia jest jednak bardziej skomplikowane. Ale nawet oświeceni wiedzą na temat biologicznej roli krwi zbyt szybko nie obnośmy się ze swoją wyższością. Przypomnijmy sobie, do jakiej symboliki odwołał się Jezus ustanawiając Eucharystię – czy nie do symboliki krwi jako do źródła życia?! Nie łatwo zatem precyzyjnie rozeznać, do czego moralnie zobowiązuje nas świadomość świętości życia.
Parze Świadków Jehowy umiera dziecko. Życie może mu uratować jedynie transfuzja krwi. Jego rodzice jednak nie godzą się na nią, bo święcie wierzą, że byłoby to złamanie Bożego zakazu – uzurpowanie sobie władzy, która do nas nie należy. Dziecko umiera – jego rodzice po ludzku bardzo cierpią. Ale jestem w stanie sobie wyobrazić, że czerpią duchowe pocieszenie ze swojej silnej wiary. Nawet wydaje się, że mogą głęboko w duchu radować się, iż nie ulegli tej „strasznej” pokusie wyboru życia dziecka przeciwko Bogu.
Żeby było jasne: uważam ich decyzję za koszmarną pomyłkę – z szacunku do świętości życia nie wynika zakaz przetaczania krwi, choć rozumiem „mechanizm”, który do takiego myślenia prowadzi. Intryguje mnie to, że możemy sobie wmówić jakąś prawdę pociągającą poważne konsekwencje. Czy taka wmówiona „prawda”, która w rzeczywistości mija się z prawdą, potrafi uczynić człowieka autentycznie duchowo spełnionym i szczęśliwym?
Jeśli by tak było, oznaczałoby to, że w gruncie rzeczy sama prawda nie jest istotna, istotna jest siła przekonania. Ale wtedy wali się wszystko: natchniony esesman, mordujący wszystko co się rusza, mógłby być człowiekiem autentycznie spełnionym – byleby silnie wierzył w to, co robi.
Mam nadzieję, że widać już, jak ważna jest dyskusja, której celem jest docieranie do prawdy. Pewne sytuacje są oczywiste – w nich doświadczamy bezpośrednio prawdy moralnej (jak choćby wspomniane owe siedmioletnie czekanie na siebie moich znajomych). W innych doświadczenie moralne nie jest zrazu wyraźne – trzeba do niego mozolnie docierać. Tak jest, jak mi się wydaje, z problemem kary śmierci, antykoncepcji czy in vitro. Wtedy musimy rozmawiać. Innej drogi nie ma.
Skomentuj ~sobieszczak Anuluj pisanie odpowiedzi