Nie ma współczesnej wypowiedzi Magisterium wprost na temat seksu oralnego w małżeństwie. Moralne zło takiego zachowania można wywnioskować pośrednio z wypowiedzi traktujących o sensie seksualności. Na przykład instrukcja Kongregacji Nauki Wiary z 1975 roku „Persona humana” stwierdza: „Bez względu na świadomy i dobrowolny motyw użycie władz seksualnych poza prawidłowym pożyciem małżeńskim w sposób istotny sprzeciwia się ich celowości. W takich przypadkach brakuje bowiem relacji seksualnej wymaganej przez porządek moralny, która urzeczywistnia w kontekście prawdziwej miłości pełny sens wzajemnego oddania się sobie i przekazywania życia ludzkiego. Do tej prawidłowej relacji należy odnieść ocenę wszelkiej świadomej i dobrowolnej aktywności seksualnej” (9). Zatem tylko pełny stosunek małżeński jest moralny.
Nie jest to zaskakujące, gdyż tradycja bardzo surowo obchodziła się z oralnymi pieszczotami. Św. Tomasz w zachowaniach innych niż pełny stosunek kobiety i mężczyzny widział grzech przeciwko naturze. Na początku XX wieku w niektórych hiszpańskich prowincjach tzw. onanizm małżeński traktowany był tak surowo, jak dzisiaj Kościół traktuje aborcję: na małżonków automatycznie spadała ekskomunika, której zdjęcie zarezerwowane było biskupowi.
Współcześni moraliści starają się jednak omijać pytanie o seks oralny, a jeśli wypowiadają się na ten temat, to bez wchodzenia w głębsze uzasadnienie. Wspominany przeze mnie poprzednio austriacki moralista bp Andreas Laun w „Przewodniku dla zakochanych” (wyd. M, 2001) po prostu autorytatywnie stwierdza, że wszystko, co wykracza poza pełny stosunek, nie jest po myśli Bożej: „Do prawdziwie małżeńskiego współżycia przynależy też akceptacja płciowego ukształtowania mężczyzny i kobiety tak, jak zostali oni stworzeni przez Boga. Inne formy rzekomego 'złączenia’ mogą stanowić pewną seksualną atrakcję, (…) nie są jednak, pomijając ich sterylność, mową miłości i prawdziwym złączeniem” (s. 91).
O. Ksawery Knotz nie ma nic przeciwko, pod warunkiem, że seks oralny podejmowany jest w ramach gry wstępnej. Można pytać: dlaczego tylko wtedy? Z kolei na podchwytliwe pytanie, czy moralne będą pieszczoty oralne doprowadzające do ponownego orgazmu po wcześniejszym pełnym stosunku (odpada wtedy zarzut o antykoncepcyjną intencję), o. Jacek Salij unika jednoznacznej odpowiedzi („W drodze” 12/05). Najpierw sugeruje nadużycie seksualności: „Coś fatalnego dzieje się z miłością małżeńską, jeżeli któreś z małżonków albo jeżeli nawet oboje nastawiają się podczas spotkania intymnego przede wszystkim na zaspokojenie swojej potrzeby seksualnej. (…) Niezwykła intensywność przyjemności seksualnej jest dla małżonków zachętą do wejścia w sytuację, z której może począć się dziecko, i do zaakceptowania trudu, którego później będzie wymagało przyjęcie go i wychowanie, jeżeli zostanie ono poczęte. Właśnie dlatego spotkań seksualnych nie powinno się egoistycznie marnować na wymyślanie coraz to bardziej wyszukanych przyjemności”. Po czym w puencie wycofuje się i rozstrzygnięcie pozostawia sumieniu małżonków: „Szczegółowe jednak reguły zachowań w łożu małżeńskim powinni sobie wypracować sami małżonkowie. Byleby okazywanie sobie wzajemnie szacunku i miłości było naczelnym prawem ich małżeńskiego współżycia, i byleby nie stosowali technik antykoncepcyjnych”.
Sądzę, że dzisiaj dysponujemy danymi, by uznać tradycyjne podejście za błędne (pruderyjne?). Oto moje uzasadnienie:
Niedawno przypadkowo sięgnąłem po klasyczną już pozycję: „Zachowania intymne” Desmonda Morrisa (autora „Nagiej małpy”). Nie spodziewałem się rewelacji, gdyż książka ta została napisana w 1971 roku, a więc dość dawno (polskie wydanie ukazało się w 1998 r.). Autor jest etologiem – zoologiem, który bada zachowania zwierząt – i jak pisze, w książce tej przygląda się zwierzęciu ludzkiemu, m.in. jego zachowaniom seksualnym. Mimo leciwości publikacji zaskoczyła mnie trafność wniosków i intuicji Morrisa, którą, jak się można przekonać, precyzyjnie potwierdza współczesna nauka.
Morris analizuje zachowanie podczas zakochania. Wyróżnia dwanaście etapów coraz bardziej intymnego zbliżenia i budowania więzi, począwszy od wzajemnego zauważenia się, rozmowy, delikatnego dotyku „ręka-ręka”, aż po zaawansowane pieszczoty i kopulację. To wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane i trwa o wiele dłużej, łącznie z samym czasem trwania stosunku seksualnego, niż u naczelnych. Autor pyta: „Skąd więc biorą się u nas te wszystkie delikatne, niepewne dotknięcia, trzymanie się za ręce w okresie zalotów i owe pełne namiętności ruchy mające wywołać podniecenie w czasie gry wstępnej?”. Odpowiedź zrazu może budzić zdumienie: „Jak się zdaje, niemal wszystko to wywodzi się z opisanych wcześniej przejawów intymności między matką a dzieckiem. Prawie żadna z tych praktyk nie jest 'nowa’ i nie rozwinęła się tylko po to, by służyć wyłącznie celom seksualnym. Pod względem zachowania zakochanie się bardzo przypomina powrót do okresu niemowlęctwa” (s. 103). Ze względu na ewentualność pojawienia się w wyniku współżycia dziecka, które wymaga długotrwałej opieki obojga rodziców, w naszą seksualność wkomponowane są mechanizmy tworzenia silnej intymnej więzi, wykorzystujące to, co już mamy „w głowie”: niezwykłą relację z matką z okresu prenatalnego i postnatalnego. Jeżeli rozwój dziecka polega na stopniowym uwalnianiu się i uniezależnianiu od więzi z matką, kochankowie przechodzą jakby ten sam proces, tylko w odwrotnym kierunku: od niezależności do silnej więzi.
Wywody Morrisa przestaną być zaskakujące, gdy skojarzymy je z artykułem z „New York Timesa„, do którego link podał niezawodny Politolog. Naukowcy coraz bardziej są przekonani, że to, co Kościół nazywa „znaczeniem jednoczącym aktu małżeńskiego”, ma inną ewolucyjną genezę niż sama kopulacja prowadząca do prokreacji. „Ludzka miłość jest inicjowana przez 'łańcuch biochemicznych zdarzeń’, który rozwinął się pierwotnie na bazie prastarego układu w mózgu, regulującego tworzenie więzi między matką a dzieckiem. U ssaków układ ten jest pobudzany przez oksytocynę wydzielającą się podczas porodu oraz karmienia piersią” – pisze autor NYT. Za czasów Morrisa neurochemia była jeszcze w powijakach – nie wiedział on, że silną emocjonalną więź stymuluje u kobiet oksytocyna wydzielana także podczas pieszczot i stosunku płciowego, a u mężczyzn zbliżona w działaniu wazopresyna.
Już się zapewne domyślacie, jakiego znaczenia w świetle tych danych nabiera seks oralny. Morris zauważa: „Gdy zaloty osiągają stadium przedkopulacyjne, wzorce z czasów dzieciństwa bynajmniej nie zanikają, ale wręcz się odradzają, aż wreszcie dochodzą do fazy ssania piersi matki”. Po czym bez owijania w bawełnę dodaje: „Efekt ulega wzmocnieniu, gdy pseudopiersi uzyskują możliwość produkowania pseudomleka. Można to osiągnąć przez wzmożone ślinienie się kochanka czy kochanki lub przez zwiększoną ilość wydzielin z narządów rodnych kobiety i płynu nasieniowego mężczyzny” (s. 105). Seks oralny staje się wręcz archetypicznym zachowaniem wzmacniającym więź.
Co z tego wynika dla małżeńskiej moralności?
Gdyby św. Tomasz znał współczesne dane, musiałby przyznać, że oralne pieszczoty są jak najbardziej zgodne z naturą ludzkiej seksualności. Gdy uwzględnimy, że Bóg, stwarzając, posługuje się ewolucją (a tego założenia dzisiaj w teologii nie da się odrzucić), do „płciowego ukształtowania mężczyzny i kobiety” jak najbardziej przynależą zachowania oralne. Gdybyśmy natomiast chcieli odwoływać się w piętnowaniu niektórych zachowań seksualnych do psychologii głębi (a czyni tak m.in. o. Knotz), to w naszej podświadomości na pewno tkwi pamięć o przyjemności ssania matczynego cycusia.
Czy zatem zasada sformułowana w „Persona humana”, wyznaczająca sens ludzkiej seksualności i regulująca moralność tej dziedziny, nie staje się coraz bardziej anachroniczna?
Skomentuj ~Zizabodaładaładaboinboinfritt Anuluj pisanie odpowiedzi