W poprzednim wpisie wspominałem, że także wśród katolickich myślicieli pojawiają się próby uwzględnienia teorii ewolucji w interpretacji grzechu pierworodnego. Na przykład znany niemiecki filozof Robert Spaemann w artykule „Niektóre trudności, jakie sprawia nauka o grzechu pierworodnym” (opublikowanym po polsku w książce „Grzech pierworodny w nauczaniu Kościoła” – tej samej, do której posłowie napisał o. Jacek Salij i w której jest wspominany już przeze mnie esej kard. Schönborna) twierdzi, że teoria ewolucji w interpretacji skrajnego naturalistycznego materializmu jest nie do pogodzenia z chrześcijaństwem. Ale już „w ramach słusznie samoograniczającej się teorii ewolucji można by określić grzech pierworodny jako odmowę uczynienia pewnego kroku, który w pewnym momencie należało uczynić i który został umożliwiony przez Boże wezwanie”. „Krok ten polegałby na wyraźnym uznaniu Boga, które byłoby równoznaczne z uznaniem, że samemu nie jest się Bogiem. Gdyby był został uczyniony, przeniósłby ludzkość w zupełnie inny stan niż ten, w którym obecnie się znajdujemy” (s. 49) – twierdzi filozof. Innymi słowy, Spaemann sugeruje, że do raju tak naprawdę nigdy nie weszliśmy z własnej winy, choć był on realnie w zasięgu ręki. Pozostaliśmy w stanie naturalnym, odrzucając Boski awans. Grzech pierworodny to w istocie grzech zaniechania. Czy takie podejście likwiduje aporie związane z dotychczasowym nauczaniem o grzechu pierworodnym?
Entuzjastycznie do interpretacji Spaemanna odniósł się niemiecki teolog Gerhard Lohfink w opublikowanej w tym roku przez wydawnictwo „W drodze” książce „Maryja – nie bez Izraela. Nowe spojrzenie na naukę o Niepokalanym Poczęciu”. Jego zdaniem „Spaemann otworzył tutaj możliwość, by myślowo połączyć ze sobą ewolucję i upadek w grzech”. Otworzył przede wszystkim, zwracając uwagę, że – i tu cytat ze Spaemanna – „grzech pierworodny nie jest przecież pozytywną jakością, którą każdy człowiek dziedziczy po swoich przodkach, lecz jest barkiem pewnej jakości, którą powinien był odziedziczyć” (s. 88).
Co to Spaemannowi dało? Jak sądzę, przede wszystkim beztroskę w stosunku do kłopotliwych pytań o historyczną weryfikację czy falsyfikację upadku prarodziców. Skoro raj nigdy nie miał okazji zaistnieć, oczywistym jest, że pytania o jego historyczność i możliwość zaistnienia stają się bezprzedmiotowe. Po drugie, ludzkość, nie zmieniając stanu, stała się mimo to winna – winna właśnie zaniechania! Mogła być o wiele lepsza, a jest tym, czym była. Właściwie jest to ominięcie pytań, które stawia ewolucja. Sprytne!
Mam jednak dwie uwagi. Spaemann pisze, jak wyżej: gdyby ów krok „był został uczyniony, przeniósłby ludzkość w zupełnie inny stan niż ten, w którym obecnie się znajdujemy”. Na jakiej zasadzie „przeniósłby”? Przy pomocy jakiego mechanizmu? Ewolucyjnego? W ramach ewolucji nie istnieje dziedziczenie cech czy stanów nabytych! Dziedziczymy zestaw genów plus nowe mutacje. Spaemann mógłby odpowiedzieć, że łaska jako Boski wyjątek jest dziedziczna, ale tym samym wkroczylibyśmy na grząski grunt czystej spekulacji.
Po drugie, propozycję Spaemanna można by przedstawić w postaci rachunku strat i zysków. Odrzucając proponowany przez Boga nadprzyrodzony zysk, ludzkość pozostała z kapitałem wyjściowym, czyli wyszła na „0”. Dalej mamy tyle, ile mieliśmy i dalej jesteśmy tam, gdzie byliśmy. Zatem nic nie stoi na przeszkodzie, by Bóg znowu zaproponował nam raj. Dlaczego miałby to uczynić tylko raz? Przecież nie jest pamiętliwy. W tym przypadku Spaemann mógłby odpowiedzieć, że odrzucenie za pierwszym razem Boskiej propozycji nie było dla nas czymś neutralnym. Spowodowało nasze zatwardzenie. Staliśmy się bardziej odporni na łaskę. Ale znaczyłoby to, że bilans wcale nie jest zerowy, że jesteśmy na minusie. Być może, zgodnie z prawami rządzącymi zadłużeniem, z czasem się ono nawet powiększa.
I tak interpretuje propozycję Spaemanna Lohfink – jego zdaniem grzech pierworodny polega na kumulowaniu się w historii w ramach ewolucyjnego procesu hominizacji coraz większej liczby małych „odrzuceń” aż do „sytuacji zguby”, w której dane jest nam żyć teraz. Lohfink pisze: „Kiedyś pierwsza wolność zaistniała jako czyn wynikający z rzeczywistej wolności. Kiedyś zaistniało pierwsze rozpoznanie. Kiedyś – pierwsze dobro w sensie moralnym. I kiedyś – pierwsze odrzucenie prawdy i dobra. Lecz jeśli odrzucenia te narastały, mnożyły się, łączyły się ze sobą, tworząc potencjał odrzucenia, to dotarliśmy do tego, czym jest grzech pierworodny” (s. 90-91).
Tym samym powracamy do starych pytań: na jakiej zasadzie odrzucenia te narastały, mnożyły się, łączyły się ze sobą? Przy pomocy jakiego ewolucyjnego mechanizmu? Można odnieść wrażenie, że zarówno Spaemann, jak i Lohfink odruchowo antropomorfizują historię ludzkości: ludzkość jak dziecko rodzi się, rozwija, zaczyna psocić, staje się coraz bardziej krnąbrna aż kończy jako wyrzutek. Jeśli jednak z czasem ludzkość coraz bardziej się psuła, byłoby to wyraźnie widoczne w historii – czy można to precyzyjnie wykazać? Obawiam się, że nie.
Owszem, zło może się kumulować, pomnażać i sumować w kulturze i poprzez kulturę (ale nie w naturze!), wtedy jednak znaczyłoby, że propagacja zła następuje „przez naśladowanie”, a nie „przez zrodzenie”. Warto przypomnieć w tym miejscu główne wątki doktrynalnego nauczania o grzechu pierworodnym, które są streszczone w 76. punkcie Kompendium Katechizmu Kościoła katolickiego: „Grzech pierworodny w nas jest stanem pozbawienia pierwotnej świętości i sprawiedliwości, w jakim wszyscy ludzie się rodzą. Jest grzechem <zaciągniętym>, a nie <popełnionym>; jest stanem związanym z urodzeniem, a nie osobistym aktem. Przez jedność rodzaju ludzkiego jest on przekazywany wszystkim potomkom Adama wraz z naturą ludzką <przez zrodzenie, a nie przez naśladowanie>. To przekazywanie jest tajemnicą, której nie możemy w pełni zrozumieć”.
Ciekawe jest ostatnie stwierdzenie. Dostrzec w nim można pokorę wobec wielkości Objawienia. Ale jeśli to zastrzeżenie nie chce być równocześnie traktowane jako wygodny wytrych, by uniknąć kłopotliwych pytań, musi oznaczać także, iż na serio będziemy traktować wszelkie poważne propozycje wyjaśnienia owego „przekazywania”. Moja hipoteza proponuje bardzo proste wyjaśnienie: kłopoty z harmonizowaniem działania ewolucyjnie narosłych warstw mózgu przekazywane są „poprzez zrodzenie” wraz z kodem genetycznym. Czy taka prosta odpowiedź narusza naszą wiarę? O tym w następnym wpisie (już chyba ostatnim w cyklu o grzechu pierworodnym).
PS. Są już online komentarze – mój i Jacka Prusaka – do sprawy aborcji w Phoenix. Poza tym, kto ma wolne pół godziny i interesują go rozmowy o seksie w katolickim gronie, może posłuchać audycji Radia Kraków „Rozmowy o wierze” z 16 maja, w której brałem udział (stali bywalcy bloga moje poglądy znają, wiec niczego nowego się nie dowiedzą J).
Skomentuj niczyja18@onet.pl Anuluj pisanie odpowiedzi