W najnowszym numerze „Tygodnika” (nr 27) ukazał się mój tekst „Pożegnanie z Adamem i Ewą„, w którym zebrałem i uporządkowałem mozolne „blogowe” wywody na temat grzechu pierworodnego. Pojawiła się sugestia-zarzut, że być może moja argumentacja skażona jest konkordyzmem, czyli próbą naciągania tekstu biblijnego do danych nauki. Podręcznikowym przykładem konkordyzmu jest przypisywanie poszczególnym dniom z biblijnego opisu stworzenia całych epok geologicznych. Takie postępowanie ma na celu zachowanie czegoś z dosłowności w natchnionym tekście Biblii i zupełnie naciągane potwierdzanie „prawdziwości” Pisma Świętego przy pomocy nauki. Ponieważ tym samym konkordyzm kompromituje religię, jest postępowaniem szkodliwym i bezsensownym.
W przypadku biblijnych dni stworzenia natchniony autor mógł rzeczywiście sobie tak wyobrażać stworzenie świata, ale jego wypowiedź ma zupełnie inny sens niż przekaz historyczny. Chodzi o prawdy religijne a nie naukowe, które wyrażone są w sposób literacki przez sięgnięcie po ówczesne wyobrażenia.
Ale nie zawsze udaje się tak bezboleśnie rozdzielić sens religijnej interpretacji jakiejś rzeczywistości od sensu naukowego. Czasem interpretacje te się po prostu logicznie wykluczają. Weźmy taką sytuację: człowiek pada na ziemię, zaczynają targać nim drgawki, a piana toczy się mu z ust. Teolog mówi: opętał go demon. Lekarz: to padaczka. Obie interpretacje oczywiście nie mogą być równocześnie prawdziwe i dobrze zrobimy, jeśli posłuchamy argumentów lekarza. Konkordyzm w takim przypadku polegałby moim zdaniem na upieraniu się, że to demon wywołał padaczkę. Ale zauważcie, że porzucenie nieweryfikowalnej i niewiarygodnej hipotezy „demona” nie wyklucza religijnej interpretacji choroby. Przeciwnie, taka interpretacja pozbywa się naiwności, sztuczności i różnych groźnych pułapek związanych z przesądami. Dociera do tego, co naprawdę w religii jest ważne, np. do prawd: Bóg cierpi razem z tobą, nie jesteś sam; ostatecznie czeka cię wyzwolenie z wszelkich więzów, także z więzów choroby; w męstwie objawia się sens cierpienia.
Jeżeli naszą skłonność do zła moralnego udaje się zinterpretować w dużej mierze „naturalistycznie”, to trudno upierać się przy rzeczywistym upadku naszych prarodziców i demonicznej inspiracji. Odrzucenie tej naiwnej, choć literacko płodnej interpretacji może naszej wierze tylko wyjść na zdrowie – takie jest moje zdanie.
W artykule w TP cytuję zdanie z 390. punktu Katechizmu: „Objawienie daje nam pewność wiary, że cała historia ludzka jest naznaczona pierworodną winą, w sposób wolny zaciągniętą przez naszych pierwszych rodziców”. Oczywiście taką pewność wiary można mieć tylko przy tradycyjnej interpretacji grzechu pierworodnego (z rzeczywistym upadkiem). W artykule pytam jednak, czy rzeczywiście dla naszej wiary i poczucia moralnej odpowiedzialność niezbędna jest owa intuicja o pierwotnej osobowej winie? Czy nie jest ona potrzebna jedynie pewnemu stylowi uprawiania teologii, który za fundamentalne uznaje to, co negatywne: winę i karę?
Jestem przekonany, że każdy z nas jest winny, ale zawsze najpierw jest bezradny i właśnie owa egzystencjalna bezradność jest bardziej fundamentalna i ontologicznie pierwsza niż wszelka nasza wina.
W historii chrześcijaństwa istnieje w niektórych epokach bardzo wpływowy nurt, który z upodobaniem odwracał te perspektywy i… niszczył ludzi. Można by go nazwać „neurotycznym chrześcijaństwem”. Do jego tworzenia przyczyniło się także wielu wybitnych teologów przynajmniej niektórymi swoimi tezami (np. Tertulian, św. Augustyn, św. Piotr Damiani, św. Tomasz), ale główny nurt zawsze zasilało niezbyt wyrafinowane, stereotypowe teologiczne myślenie. Kulminacja religijnej masowej neurozy nastąpiła, jak się wydaje, w XVIII-wiecznym ruchu kaznodziejskim, siejącym grozę kazaniami o nieuchronnym potępieniu za nawet błahe grzechy (zwłaszcza cielesne). Piekło okazywało się najbardziej niezbędną religijną kategorią.
Wracając do właściwej perspektywy: w przekonaniu, że bezradność jest religijnie bardziej pierwotna niż wszelka wina, ugruntowuje mnie doświadczenie osób uzależnionych. Stali czytelnicy bloga wiedza, że chętnie powołuję się na program Dwunastu Kroków, gdyż dostrzegam w nim jakby doświadczenie chrześcijańskie w modelowej formie (por. mój artykuł „Deficyt błogosławionej winy„). Uważam ich antropologiczne doświadczenie za bardzo twarde, realistyczne i pozbawione wszelkiej egzaltacji, a przez to wiarygodne.
Jest bardzo interesujące, że chyba nikt, tak jak zdrowiejący uzależnieni, nie jest świadom własnej winy i krzywd wyrządzonych innym, zwłaszcza bliskim. Wśród Dwunastu Kroków aż pięć odnosi się do rachunku sumienia (4.; 5.; 8.; 9. i 10.). A jednak najpierw musi dojść do procesu uznania własnej bezradność, wzruszenia się własną niedolą i cierpieniem, którego się doświadczyło na sobie oraz przebaczenia sobie samemu. Tylko po takiej przemianie perspektywy możliwe jest odzyskanie siebie samego i dojrzewanie do podjęcia odpowiedzialności za własne czyny (choćby były kierowane najbardziej prymitywnymi odruchami biologicznymi). Czy nie o taką właśnie świadomość chodzi także w najbardziej fundamentalnym doświadczeniu religijnym, jakie mamy na myśli, mówiąc „grzech pierworodny”?
PS. Jeszcze odpowiedź na pytanie, kto jest autorem słów cytowanych przeze mnie na końcu poprzedniego wpisu. Oczywiście, ks. prof. Michał Heller – cytat pochodzi z jego świetnej książki „Sens życia i sens wszechświata” (2002).
Skomentuj ~m.ch. Anuluj pisanie odpowiedzi