Jeszcze raz odniosę się do sugestii, że moje dywagacje na temat grzechu pierworodnego mogą być konordyzmem. Mam wrażenie, że nie wszystko zostało tu powiedziane, a jak na razie owa sugestia jest najpoważniejszym zarzutem.
Przypominam, że konkordyzm jest próbą znajdowania w Biblii odpowiedników dla zjawisk badanych przez naukę. Zatem treść Biblii interpretowana jest w taki sposób, aby dokładnie pasowała do danych naukowych. Przykładem: dostrzeganie w kolejnych dniach opisu stworzenia następujących po sobie całych epok geologicznych. Jak wyczytałem, był to pomysł geologa George’a McCredy Price’a, gorącego zwolennika XIX-wiecznej wizjonerki Ellen White, założycielki Adwentystów Dnia Siódmego. W swoich wizjach widziała ona jak Bóg stwarzał świat w ciągu siedmiu dni. Price na początku XX wieku przestawił jej wizje w wersji quasi-naukowej. Ale konkordyzm nie jest nowym pomysłem. Taka metoda interpretowania Pisma Świętego obok metody alegorycznej była stosowana już w czasach patrystycznych. Na czym jej istota polega?
Concordia po łacinie znaczy: zgoda, jedność, harmonia. Zharmonizować trzeba dwie wizje świata: tworzoną przez naukę i zawartą w Biblii. Zauważcie, że w przeciwieństwie do kreacjonistów, którzy naginają dane naukowe do Biblii, konkordyści postępują na odwrót: naginają Biblię do danych naukowych. Ponieważ w obu przypadkach takie postępowanie jest arbitralne, powstaje pozorna harmonia, która ostatecznie godzi zarówno w naukę, jak i w Biblię. W obu podejściach dla ideowych celów (harmonia „na siłę”) poświęca się rzeczywistość. To nie może oczywiście się udać.
Najbliższa konkordyzmowi jest moja teza utożsamiająca grzech pierworodny (a więc pewien stan naszej natury) z powstałą ewolucyjnie dysharmonią pracy mózgu. Czy to jest naginanie Biblii do danych nauki?
Zauważcie, że ja niczego nie „naginam”. Proponuję jedynie pozareligijne wyjaśnienie obecnej w nas skłonności do zła moralnego (to na razie nic zdrożnego – powiedziałbym nawet, że czyn chwalebny J). Jeżeli chcemy jednak utrzymać religijne wyjaśnienie owej skłonności do zła w postaci grzechu pierworodnego, zmuszeni jesteśmy oba wyjaśnienia utożsamić, gdyż ewolucji nie da się pogodzić z upadkiem prarodziców traktowanym jako historyczne wydarzenie. Zatem mamy dwa wyjścia: albo pożegnanie z Adamem i Ewą, albo rezygnacja z traktowania skłonności do niemoralnej nadpobudliwości jako pozostałości po grzechu pierworodnym. W całym tym rozumowaniu nie ma niczego arbitralnego: są empirycznie doświadczalne skłonności; stan naszej natury jako ich podłoże; oraz dwie sprzeczne teorie tłumaczące ów stan – religijna (upadek) i pozareligijna (ewolucja). Gdzie w tym tkwić ma konkordyzm?
Nie przypadkowo w poprzednim wpisie odwołałem się do przykładu z epilepsją, gdyż to do pewnego stopnia analogiczna sytuacja: mamy empiryczne symptomy (drgawki, piana na ustach, utrata przytomności); jakiś stan organizmu, który tkwi u podłoża tych symptomów; i dwa przeciwstawne wyjaśnienia – medyczne (uszkodzenie układu nerwowego) oraz religijne (opętanie). Przyjmując wyjaśnienie medyczne, musimy zrezygnować z religijnego. I to w dość kategoryczny sposób – tzn., jeśli nadal mówić będziemy o demonie, oskarżeni zostaniemy o propagowanie przesądów.
Tutaj zarysowuje się ważna różnica między oboma przykładami: skłonność do padaczkowych napadów można wyczerpująco wyjaśnić przy pomocy medycyny, a więc naturalistycznie, w przeciwieństwie do skłonności do zła moralnego, której nie daje się wyjaśnić czysto naturalistycznie. Wielokrotnie podkreślałem, że przy interpretacji tej skłonności musimy odwoływać się także do świata obiektywnych wartości moralnych.
Tu właśnie otwiera się rzeczywista furtka dla religii. Wygląda bowiem na to, że świat wartości moralnych jest „nie z tego świata”. I tego bym się trzymał.
PS. W najnowszym „Tygodniku Powszechnym” (nr 29) m.in. dwa listy odnoszące się do „Pożegnania z Adamem i Ewą”, w tym głos prof. Andrzeja Paszewskiego (biologa, który jest autorem słynnego już tekstu „Wokół problemów regulacji urodzin” z historyczngo 483. numeru Znaku z sierpnia 1995 roku pt. „Antykoncepcja – ciało – miłość”).
Skomentuj ~gościówa Anuluj pisanie odpowiedzi