Poproszony zostałem o komentarz do wypowiedzi Benedykta XVI na temat encykliki „Humanae vitae”. Od kilku dni do tego się przymierzam. Problem w tym, że ja tej wypowiedzi… nie rozumiem. Znalazłem ją w serwisie KAI. Potem w serwisie Radia Watykańskiego oraz IAR. Politolog przytoczył Onet, który oparł się na informacji PAP. W końcu znalazłem oryginał włoski na stronach watykańskich. Ponieważ nie znam włoskiego, pokazałem to przemówienie ks. Bonieckiemu, który świetnie włada tym językiem. Rzucił okiem i… wyprosił mnie na pół godziny, mówiąc, że musi się z nim spokojnie zapoznać, gdyż jest napisane trudnym językiem. Potem przetłumaczył mi „na żywo”. I dalej nic nie rozumiem. Jestem zaskoczony. Pisałem już, że cenię tego Papieża za jasność i precyzję wypowiedzi. Tymczasem konia z rzędem dla tego, kto wyjaśni, o co chodzi np. tutaj: „W czterdzieści lat od ogłoszenia tego dokumentu, zawarte w nim nauczanie nie tylko ukazuje swoją niezmienną prawdę, ale ujawnia też dalekowzroczność, z jaką Paweł VI podchodził do tego problemu. W istocie miłość małżeńska opisana jest tam w ramach procesu globalnego, który nie zatrzymuje się na podziale na duszę i ciało ani nie ulega wyłącznie uczuciom, często ulotnym i nietrwałym, lecz bierze na siebie jedność osoby i całkowity współudział małżonków, którzy we wzajemnym przyjęciu ofiarowują siebie w obietnicy miłości wiernej i wyłącznej, która wypływa z autentycznego wyboru wolności. Jak mogłaby podobna miłość pozostawać zamknięta na dar życia? Życie jest zawsze darem nieocenionym; za każdym razem, gdy jesteśmy świadkami jego narodzin, postrzegamy moc stwórczego działania Boga, który ufa człowiekowi i w ten sposób wzywa go do budowy przyszłości z siłą nadziei”.
Co zrozumiałem? Że zdaniem Papieża nie ma powodów, by zastanawiać się nad jakąkolwiek zmianą dotychczasowego nauczania, choć jest ono… „niełatwe” i „Urząd Nauczycielski Kościoła nie może uchylać się od wciąż nowej i pogłębionej refleksji nad podstawowymi zasadami, dotyczącymi małżeństwa i prokreacji”. Że tekst encykliki często był „rozumiany opacznie” (choć nie wiadomo, na czym ta opaczność polegała). Że „prawa natury (biologii płciowości?) pozostają niepisaną normą, do której wszyscy powinni się odwoływać”. Że zagrożona jest młodzież. I że Papież bardzo stara się unikać słowa „antykoncepcja” (w przeciwieństwie do Jana Pawła II).
To trochę za mało na komentarz… Zatem przypomnę zasadniczy problem, przed jakim stanął wtedy Paweł VI. Miał odpowiedzieć na pytanie: czy antykoncepcja (czyli zewnętrzna ingerencja małżonków w stosunek seksualny, powodująca jego bezpłodność) jest czynem wewnętrznie złym? Czynem „wewnętrznie złym”, czyli moralnie złym zawsze, niezależnie od motywów i okoliczności. „Moralnie złym”, czyli przynoszącym człowiekowi tak dużą szkodę duchową, że lepiej by było, gdyby zgodził się raczej umrzeć niż świadomie i dobrowolnie go popełnić. Takie jest znaczenie powyższych słów. Wiem, że to szokuje, ale tak właśnie jest, nic nie przesadzam!
Paweł VI zdecydował się odpowiedzieć pozytywnie: tak, antykoncepcja jest czynem wewnętrznie złym. Na czym to zło polega? Oczywiście na godzeniu w płodność. Problem w tym, że płodność jest w konkretnym stosunku nieprzewidywalna, a norma moralna ma sens tylko wtedy, gdy precyzyjnie rozstrzyga, które czyny są złe, a które nie są złe. Paweł VI zatem normę moralną nie związał bezpośrednio z nieprzewidywalną płodnością, tylko z „wewnętrznym przeznaczeniem każdego aktu seksualnego do prokreacji”. W ten sposób Papież połączył każdy akt z prokreacją, co pozwoliło mu sformułować normę, która jest „precyzyjna”, ale tylko dlatego, że jest „za szeroka” – prowadzi także do takich paradoksalnych konsekwencji, że stosunek seksualny z kobietą z wyciętymi jajnikami i macicą nadal pozostaje „przeznaczony do prokreacji” (i nadal użycie prezerwatywy, by się np. chronić przed wirusami, jest czynem wewnętrznie złym, czyli lepiej umrzeć niż…). Poza tym norma ta wydaje się być arbitralna, gdyż intuicja podpowiada nam, że stosunek seksualny zawdzięcza swój sens jednoczący w dużej mierze właśnie temu, iż jego głównym celem nie jest prokreacja. Tym różni się m.in. seksualność ludzi od kopulacji zwierząt.
Pisałem o tym szczegółowo w tekście „Małżeństwo pod rygorem„. Dziś chciałem przedstawić nowy argument. Papież wyjął spod zakresu normy sytuacje, w których środki hormonalne używa się jako lekarstwa (punkt 15 encykliki). Powołał się na zasadę „podwójnego skutku” (niepłodność jest niezamierzonym skutkiem takiego działania). Jednak warunkiem zastosowania tej zasady jest porównywalna wartość dóbr: chronionego i poświęconego. Na przykład podczas ciąży wolno zastosować chemioterapię, gdyż ratuje ona życie matki, mimo, że jej skutkiem jest poronienie (dlatego mówimy o heroizmie matek, które rezygnują z ratowania swojego życia dla dobra dziecka). Nie wolno natomiast stosować leków poprawiających zdrowie matki, które skutkowałyby śmiercią dziecka, gdyż zdrowie nie jest dobrem tego samego rzędu, co życie. Tymczasem punkt 15 encykliki mówi, że można podjąć działania – które, jeśli są bezpośrednio zamierzone, są wewnętrznie złe – jeśli chronią one zdrowie. To tak jakby Papież powiedział: wolno podczas ciąży podać środki poronne dla leczenia endometriozy. Czy w ten sposób sam nie przyznaje, że działania antykoncepcyjne mają niższą rangę od tzw. czynów wewnętrznie złych?
Benedykt XVI wspomniał o „odwadze” Pawła VI. Moim zdaniem można mówić o odwadze cywilnej (Paweł VI przeciwstawił się powszechnemu oczekiwaniu), ale nie o odwadze myśli. Papież przestraszył się, że konsekwencją zgody na antykoncepcję będzie relatywizm i zachwianie zaufania do Kościoła. Tak wcale wtedy nie musiało być, wystarczyłoby, żeby Papież pokazał, iż nauczanie Kościoła przez wieki kształtowały „historyczne czynniki”: brak szczegółowej wiedzy na temat biologii procesów poczęcia (nie wiedziano jak poczęcie zachodzi, stąd sądzono, że każdy stosunek mógł do niego doprowadzić) oraz dostrzeganie w małżeńskim współżyciu dużego zagrożenia „pożądliwością”, jeśli nie „pracuje” ono dla prokreacji. Dzisiaj po czterdziestu latach sytuacja jest paradoksalnie o wiele trudniejsza: każda papieska, nawet najmniejsza pozytywna wzmianka o antykoncepcji wywołałaby tak duże zamieszanie w mediach i Kościele, że trudno byłoby Magisterium spokojnie wytłumaczyć ludziom, o co chodzi. Dlatego nie spodziewam się w najbliższym czasie jakichś rewelacji. Choć dotarły do mnie z wiarygodnego źródła sygnały o tym, że ma się coś ruszyć w podejściu do in vitro! Być może zmiany przyjdą tą okrężną drogą. J
Skomentuj ~POETA Anuluj pisanie odpowiedzi