W dyskusji pod ostatnim wpisem pojawiły się ważne i ciekawe pytania. Czy teologiczną koncepcję duszy ludzkiej można pogodzić z osiągnięciami współczesnej nauki? – pyta Politolog. Gościówa z kolei zauważa, że hipoteza ewolucyjnej genezy zła moralnego, którą proponuję, czyni zbędną interpretację religijną. „Gdy mówisz o gadzim mózgu, odruchach itp. – doskonale, to brzmi nawet przekonująco. Ale po co wtedy gadać o grzechach (pierworodnych i nie), o sakramentach?” – pyta i dodaje: „Gołym okiem widać, że katechizmowe kategorie opisu człowieka przysparzają więcej trudności i ryzyka niezdrowych interpretacji”.
Zgadzam się z Gościówa, że gdy teologia przy objaśnianiu człowieka ignoruje fakty naukowe, popada w sprzeczności. Nie zgadzam się natomiast z drugą tezą: że gdy zbytnio przejmuje się faktami naukowymi, staje się wtórna, albo wręcz zbędna. Jest przeciwnie: wiara oczyszcza się wówczas i staje się bardziej sobą. Przeciwstawię Gościówie inne rozróżnienie: „Nauka może oczyścić religię z błędów i przesądów, religia może oczyścić naukę z idolatrii i fałszywych absolutów. Każda z nich może wprowadzić drugą w szerszy świat, świat, w którym obie mogą się rozwijać”. Te słowa pochodzą z listu Jana Pawła II do ówczesnego dyrektora Obserwatorium Watykańskiego o. George’a Coyne’a z okazji 300-lecia opublikowania „Principiów” Newtona, symbolicznego początku nauki nowożytnej. Gdy na nie natrafiłem, zrobiły na mnie duże wrażenie. Sądzę, że papież utrafił tu w sedno. Jednej bez drugiej – zarówno nauce bez religii, jak religii bez nauki – grozi pycha. Język naturalistyczny nie wystarcza do opisu człowieka.
Zdarza się, że gdy uświadamiamy sobie, iż dotychczasowa interpretacja religijna jakiegoś obszaru rzeczywistości, którą w dobrej wierze przyjmowaliśmy, okazuje się zabobonna, wówczas niebo staje w płomieniach i zdaje się walić cały gmach wiary. Ale bardziej niż z rzeczywistego zagrożenia dla wiary wynika to z faktu, iż do tej pory byliśmy w wierze za mało subtelni. Po jakimś czasie gorączka mija, gdyż po prostu przyswajamy sobie nowe, bardziej adekwatne rozróżnienia. Nie tylko jesteśmy mądrzejsi, ale także nasza oczyszczona wiara staje się mocniejsza, bo bardziej trafna. J
Przypuszczam, że gdy przyzwyczaimy się do faktu, iż istoty chrztu nie narusza brak osobowej winy do „zmazania”, że chrzest i tak ma co wspomagać i co naprawiać w naszej ludzkiej naturze, to hipoteza o ewolucyjnej genezie zła moralnego wyda się oczywista.
Natomiast co do istnienia duchowej (czyli intelektualnej w przeciwieństwie do zmysłowej) duszy i jego naukowego uzasadnienia, to jest to problem, przed którym wciąż stoimy. Na razie nie czuję się na siłach, by się z nim mierzyć. Krótko, na czym on polega: chcąc zapewnić w interpretacji natury człowieka miejsce na pierwiastek duchowy, Magisterium odwołało się do antropologii arystotelesowsko-tomistycznej, głoszącej, że człowiek to złożenie ciała jako materii i duszy duchowej jako jego formy (np. punkt 365 KKK streszczający określenie duszy zdogmatyzowane przez Sobór w Vienne w 1312). Na ile mało przydatna z punktu widzenia dzisiejszej nauki teoria hylemorfizmu weszła do doktryny? Komentatorzy, np. redaktorzy polskiego „Breviarium fidei”, twierdzą, że nie weszła, że istotna jest tylko obrona pierwiastka duchowego w człowieku. Jeżeli tak, to czeka nas pełna potu praca interpretacyjna. Póki co, zasłonię się cytatem. Czyim? – zgadnijcie:
Potem przyszły lata studiów uniwersyteckich. Zbudowany w seminarium gmach arystotelesowsko-tomistycznej filozofii nie wytrzymał konkurencji z naukami przyrodniczymi. Proces był stopniowy, ale radykalny. Najpierw zrozumiałem, że jeżeli tomizm ma przetrwać, to musi zostać istotnie przebudowany; i to w ten sposób, aby mógł wejść w rezonans z dzisiejszymi naukami przyrodniczymi, podobnie jak w XIII wieku współgrał z ówczesnym stanem nauk. Potem, pod koniec studiów, doszedłem do przekonania, że szkoda tracić czas na ratowanie tomizmu – lepiej tworzyć coś od podstaw nowego. Była to zapewne naiwna reakcja na mój dotychczasowy „tradycjonalizm filozoficzny”. W każdym razie dostrzegłem – i to było ważnym krokiem – że moja teologia wcale nie ucierpiała na tej „filozoficznej rewolucji”. Związek teologii z tomistycznym schematem okazał się znacznie bardziej zewnętrzny, niż przedtem byłem w stanie przypuszczać.
Skomentuj Artur Sporniak Anuluj pisanie odpowiedzi