Dlaczego Hildebrand – nieżyjący od 1977 r. filozof, którego świetność, jak się wydaje, dawno minęła, ponadto znany tradycjonalista i krytyk soborowych reform? Po pierwsze, chyba nikt tak wnikliwie jak on nie analizował w XX wieku fenomenu przyjemności i nie poświecił mu tak dużo uwagi. Po drugie, jego aksjologia, choć już w jakiejś mierze przestarzała, natrafiła w Kościele na podatny grunt. Genezę wielu wciąż pojawiających się w dyskusjach argumentów można tropić właśnie w analizach Hildebranda. Jak to bywa, w uproszczonej formie myśliciel ten wciąż żyje w kościelnej świadomości.
Mnie zaciekawiło i… sprowokowało przede wszystkim tak silne zepchnięcie przyjemności na margines, jako czegoś jedynie subiektywnego i bezwartościowego. Rację ma Fajka2, wskazując w komentarzu pod poprzednim wpisem, że świat jest bogatszy niż na to wskazują nawet najbardziej wyrafinowane klasyfikacje i porządkujące hierarchie (notabene sądzę, że Hildebrand stał się właśnie dlatego tradycjonalistą, gdyż pod koniec życia uległ złudzeniu, iż dzięki swojej aksjologii wypracował jakiś wyjątkowy dostęp do Prawdy).
*
Ukazując różnicę między subiektywnym zadowoleniem np. z otrzymanego komplementu a samoistną wartością np. wielkodusznego przebaczenia krzywdy, Hildebrand pisze: „Akt wielkodusznego przebaczenia ma w samej rzeczy blask czegoś szlachetnego i kosztownego; nosi znamię tego, co doskonałe. Porusza nas i budzi nasz podziw. Poznajemy nie tylko, że ten czyn ma miejsce, lecz także, że jest l e p i e j, iż ma on miejsce, lepiej, iż ten człowiek postępuje tak a nie inaczej. Uświadamiamy sobie, że ten akt jest ważny, jest czymś, co powinno istnieć” (podkreślenie – DvH). To wszystko prawda. Czy można tu coś dodać?
Jedynie oczywistą uwagę, że najlepiej jednak byłoby, gdyby ów ktoś nie doznał żadnej krzywdy. To stwierdzenie – jak się wydaje – niewiele wnosi, bowiem krzywdy zdarzały się, zdarzają i będą się zdarzać. Winna wykoślawiona przez grzech pierworodny nasza natura. Stąd każde autentyczne przebaczenie zawsze jaśnieć będzie blaskiem czegoś szlachetnego i doskonałego. Zawsze będzie lepiej, gdy zaistnieje. Ale nie pozwalajmy się zbyt łatwo uśpić oczywistościom. Skoro blask wartości przebaczenia doświadczamy, konstatując: „lepiej jest, że zaistniało”, na co wobec tego wskazuje przysłówkowy stopień najwyższy: „najlepiej jednak byłoby…”?
Sądzę, że na intuicję, którą można nazwać p o c z u c i e m n o r m a l n o ś c i. Każda krzywda jest nie tylko czymś moralnie złym, ale także nienormalnym, i również z tego powodu nie powinna istnieć. Jeśli przebaczenie w sposób logicznie konieczny zakłada krzywdę, w pewnym innym sensie nie powinno istnieć także i ono. Gdyby w jakimś hipotetycznym idealnym świecie, do którego jedynie możemy tęsknić, nigdy nie pojawiłaby się żadna krzywda, również przebaczenie nie miałoby sensu. Nie mielibyśmy w ogóle szans doświadczyć czy choćby przeczuć takiej wartości. Przynajmniej zatem niektóre wartości, będąc absolutne, czyli niezależne od naszego poznania, są zarazem w swym realnym istnieniu uwarunkowane zniekształcającym normalność istnieniem zła moralnego, czyli pewnej dotkliwej dysharmonii. A to już jest konstatacja niebanalna.
Hildebrant pisze, że różnica między wartością a tym, co subiektywnie zadowalające, jest całkowicie niewspółmierna i ujawnia się przede wszystkim w sytuacji konfliktu pomiędzy „pokusą czegoś przyjemnego i wymaganiem wartości”: „Ktoś znajduje się w wielkim niebezpieczeństwie moralnym, a my możemy mu pomóc. Nasz umysł jasno ujmuje obiektywną wartość, o którą tu chodzi, słyszymy żądanie, które każe nam przyjść z pomocą temu człowiekowi. Mamy jednak wesołą imprezę towarzyską, z której musielibyśmy zrezygnować, gdybyśmy mu pomogli. W tym konflikcie zdajemy sobie w pełni sprawę, że te dwa przypadki ważności są zgoła nieporównywalne”. To nie jest wybór między dwoma dobrami o różnej wysokości, ale dwa wykluczające się – jak twierdzi Hildebrand – punkty widzenia: w pierwszym odpowiadamy na wartość, w drugim – „wyłączamy punkt widzenia wartości”.
Jak ten przypadek przedstawia się z szerszej perspektywy, uwzględniającej źródłowe doświadczenie normalności?
Rozsądna towarzyska zabawa z takiej perspektywy nie domaga się specjalnego usprawiedliwienia – sama w sobie jest czymś normalnym. Ale może zaistnieć powód, by z niej zrezygnować. Takim powodem jest powstała nienormalność – owo grożące komuś poważne niebezpieczeństwo. I znów możemy powiedzieć: jest lepiej, że ktoś zrezygnował z zabawy, by ratować drugiego, ale byłoby najlepiej, gdyby nie musiał nikogo ratować. Widać zatem, że zabawa sama w sobie, a tym samym przyjemność, nie przeciwstawia się tak ostro wzniosłym wartościom.
Podany przez Hildebranda przykład z „pokusą” zabawy przypomniał mi niezwykły eksponat, który kiedyś widziałem w jakimś (nie pamiętam już jakim) muzeum dokumentującym ludzką martyrologię: szachy sporządzone przez więźniów z chleba. Więźniowie, potajemnie wytwarzając takie szachy, nie tylko odejmowali sobie od ust pożywienie, którego na pewno im nie zbywało, ale także ryzykowali dotkliwe kary, gdyby taki przedmiot wpadł w ręce strażników. Dlaczego to robili? Dla chwilowego, subiektywnego i całkiem peryferyjnego zadowolenia? Byłoby to z punktu widzenia sztywnej hierarchii wartości nieporozumieniem.
Sama aksjologia nie potrafi na to pytanie odpowiedzieć. Tymczasem odpowiedź wydaje się oczywista: więźniowie walczyli o choćby namiastkę normalności – po prostu o swoje człowieczeństwo. Zatem normalność, a razem z nią to, „co przyjemne i jedynie subiektywnie zadowalające”, ma większe znaczenie niż skłonni bylibyśmy myśleć, czytając Hildebranda.
Dodaj komentarz