Różnorodność jest zdrowa. Nie dotyczy to tylko diety czy sposobów spędzania wolnego czasu, ale także seksu – wynika z badań komentowanych w podręczniku „Terapia zaburzeń seksualnych” (GWP 2005). Mężczyźni w związkach, których zachowania seksualne nie ograniczają się jedynie do stosunku dopochwowego, rzadziej są narażeni na kłopoty z erekcją i lepiej sobie radzą z tą przykrą dysfunkcją. Oto ciekawy fragment:
„Niektórzy autorzy odnotowują, że zaburzenia wzwodu są najbardziej psychologicznie obciążające dla par o ograniczonej wyobraźni seksualnej (o niewielkim wachlarzu tzw. scenariuszy seksualnych), które dysponują niewielką liczbą opcji alternatywnych dla stosunku (Zilbergeld, 1992; LoPiccolo, 1992; Gagnon, Rosen, Leiblum, 1982; Leiblum, Rosen, 1991). U jednostek lub par, które niewypracowały alternatywnych wobec stosunku dopochwowego metod zaspokajania potrzeb seksualnych, obserwuje się przede wszystkim znacznie podwyższony poziom wymogów wykonania oraz lęków przed porażką we współżyciu. Niemożność osiągnięcia przez mężczyznę pełnej i długotrwałej erekcji zazwyczaj powoduje u takich par całkowite zaprzestanie wszelkich czynności seksualnych. To z kolei może prowadzić do zmniejszenia popędu płciowego u jednego lub obojga partnerów oraz pogłębienia się dystansu między nimi lub wzajemnych konfliktów (Leiblum, Rosen, 1991). Często następuje wtedy zjawisko <błędnego koła>, zanik interakcji seksualnych lub uczuciowych łączy się z podwyższaniem wymogów wykonania oraz cierpieniem w związku”.
Te seksuologiczne wnioski zdają się iść podprąd nauczania Kościoła. Przypomnijmy, że według deklaracji „Persona humana” (z 1975 r.) zachowanie seksualne zachowuje swą moralną wartość tylko wtedy, gdy w kontekście prawdziwej miłości małżeńskiej pozostaje otwarte na przekazywanie życia, a taki warunek spełnia jedynie stosunek dopochwowy. Oznaczałoby to, że trzymanie się ściśle normy głoszonej przez Kościół pogarsza małżeńskie szanse w zmaganiach z potencjalną czy realną impotencją (a problem jest statystycznie poważny, bo kłopoty z erekcją, jak podaje ów podręcznik, dotykają przynajmniej co dziesiątego mężczyznę w wieku od 40 lat w górę).
Czy zdrowie może być jednak argumentem przeciwko moralności? Albo mówiąc bardziej precyzyjnie: czy jeśli działanie podporządkowane normie moralnej prowadzi do niezdrowych skutków, oznacza to, że sama norma została źle sformułowana?
Zależność między zdrowiem a moralnością nie jest prosto rozeznać. Wystarczy pomyśleć o osobach, które poświęcają własne zdrowie dla innych, np. matka dla dziecka – nie powiemy przecież, że działa ona niemoralnie. Przeciwnie, dostrzeżmy w jej postawie szlachetność. Ten przykład pokazuje, że są wartości wyższe od zdrowia i poświęcenie tego ostatniego w obronie owych wyższych wartości będzie działaniem jak najbardziej moralnym. Ale z drugiej strony zdrowie, choć należy do tzw. dóbr pozamoralnych, nie jest dla moralności obojętne, mamy przecież wręcz moralny obowiązek dbać o własne zdrowie, ponieważ jest istotnym dla nas dobrem. Branie narkotyków czy palenie papierosów nie jest moralnie obojętne.
Jak mi się wydaje, należy tu rozróżnić co najmniej dwie sytuacje. Po pierwsze, niezmiennie obowiązuje (przynajmniej w etyce chrześcijańskiej) zasada, że cel nie uświęca środków. To znaczy na przykład, że nie możemy się leczyć przy pomocy niemoralnych metod – powiedzmy, mężczyzna samotny leczy swoje seksualne dysfunkcje przy pomocy tzw. partnerki zastępczej (metoda modna w USA jeszcze w latach 80., dziś zarzucona z powodów prawno-moralnych). Zauważmy jednakże, iż w takiej sytuacji związek między zdrowiem a działaniem wartościowanym moralnie jest zewnętrzny, natomiast w opisywanych wyżej przypadkach związanych z impotencją (i to byłaby druga sytuacja) – wewnętrzny: wygląda wręcz na to, że zachowanie moralne okazać się może po prostu niezdrowe.
Prowadzi to do silnego wewnętrznego konfliktu wartości: to samo zachowanie, które pod pewnym względem jest moralnie dobre (bo spełnia normę), zarazem okazuje się pod innym względem (np. zdrowotnym) moralnie złe. Nawet jeśli ta analiza nie obala samej normy nakazującej kochać się tylko „dopochwowo”, to stanowi kolejny powód, by się nad jej prawidłowością głęboko zastanowić.
Skomentuj shaak_ti@onet.pl Anuluj pisanie odpowiedzi