W ostatnim wpisie obiecałem zaproponować precyzyjne prawo rządzące naszym społecznym zachowaniem. Na wyrost – bo „prawa” socjologiczne jako statystyczne nie są oczywiście precyzyjne. Niemniej jakiś czas temu zaintrygowała mnie pewna wypowiedź Antonio Damasio. Ten wybitny neuronaukowiec w swoich książkach, m.in. głośnym „Błędzie Kartezjusza”, rozważa mózg jako centrum sterownicze, utrzymujące homeostazę organizmu, czyli jego dobrostan w danych warunkach. W wypowiedzi dla polskiego portalu psychologia-społeczna.pl Damasio rozszerza tę ideę na społeczność: mówi o homeostazie socjokulturowej. Zacząłem się zastanawiać, jak wyglądałby taki mechanizm rozszerzonej homeostazy i jakie czynniki mogłyby wchodzić w grę, by utrzymywać taką równowagę społeczno-kulturową. Od razu wyróżnić da się co najmniej trzy parametry: (1) osiąganie ważnych celów (dobrostanu) (2) w danych warunkach (3) dokonuje się przy pomocy odpowiedniego zachowania, kierowanego – i to jest istota pomysłu – powszechnym poczuciem czy intuicją moralną. Ta intuicja moralna w różnych warunkach będzie podpowiadać różne postępowanie.
Najłatwiej jest wskazać na parametry kontekstu: możemy mieć wojnę albo pokój, biedę albo dostatek, zacofanie cywilizacyjne lub postęp. Parametry społecznego dobrostanu trudniej jest sprecyzować, ale co najmniej chodzi o możliwość realizowania najbardziej podstawowych i tym samym uniwersalnych celów, takich jak troska o przeżycie czy posiadanie potomstwa (w społeczeństwach patrylinearnych decydująca okazuje się także wspominana już przeze mnie pewność ojcostwa).
Mamy kontekst, mamy wstępne cele, które powinny być realizowane w danym kontekście – do zapewnienia równowagi potrzebujemy jeszcze zidentyfikować odpowiednie mechanizmy kryjące się za intuicjami moralnymi kierującymi naszym postępowaniem.
*
Wspominany przeze mnie (i na blogu, i szczegółowo w 30. numerze „Tygodnika Powszechnego”) Jonathan Haidt wytropił pięć jego zdaniem niezależnych obszarów intuicyjnego aktywizowania się ludzkich zachowań moralnych. Społeczności bardziej liberalne kierują się przede wszystkim sprawiedliwością/oszustwem oraz troską/krzywdą, natomiast społeczności bardziej konserwatywne także poczuciem lojalności/zdrady, autorytetem/buntem i świętością/upodleniem (w książce „Prawy umysł”, która pod koniec października ukazała się także po polsku, Haidt dodaje szósty moduł: wolność/ucisk). Obszary te mają ewolucyjne pochodzenie i nie są przez Haidta zbyt precyzyjnie określone – w każdym razie psycholog ten podkreśla, że liberalne środowiska akademickie Zachodu nie dostrzegają w ramach moralności tych trzech ostatnich. Przy wszystkich chodzi o aktywowanie się ewolucyjnie wykształconych wzorców postępowania (cnót) pod wpływem specyficznych emocji (np. wstrętu dla obszaru świętości/upodlenia) wywołanych określonymi sytuacjami.
W artykule, do którego już się na blogu odwoływałem, Haidt definiuje je dość skomplikowanie: „są to moduły systemowe generujące podczas procesu akulturacji ogromne liczby wzorców, które pomagają dzieciom rozpoznawać szybko i automatycznie kulturowo uwydatnione cnoty i wady”. Wspominany już przez mnie Gazzaniga wprost mówi o odpowiednich pięciu modułach mózgowych, a nasz rodzimy wybitny psycholog prof. Bogdan Wojciszke w podręczniku „Psychologia społeczna” – o pięciu działających alternatywnie kodach etycznych. Wszyscy bardziej lub mniej dają do zrozumienia, że nie ma lepszych czy gorszych kodów czy modułów i że każdy reprezentuje zachowania moralne.
Z tą tezą się nie zgadzam, gdyż prowadzi ona do relatywizmu moralnego: moralność w sposób nieprzewidywalny okazałaby się zależna od mniej czy bardziej przypadkowych kombinacji 6 modułów. Wydaje mi się, że moduły te da się uporządkować, czyli stoi za nimi jakieś ratio – to po pierwsze, a po drugie – nie wszystkie w równym stopniu utożsamiają się z moralnością. W tekście „Sumienie pod mikroskopem” („TP” nr 30) zauważam, że trudno jest sobie wyobrazić, iż poczucie sprawiedliwości czy empatia same z siebie są niemoralne – mogą być wadliwe, ale łatwo dostrzegamy, że bliżej im do moralności jako takiej niż pozostałym obszarom (poczuciu więzi z grupą, szacunkowi wobec autorytetów i wstręcie wobec tego, co nieczyste), które z kolei z powodzeniem mogą prowadzić do czynów stricte niemoralnych. Pokazały to już np. słynne eksperymenty Milgrama z lat 1961 i 1962. Ich wyniki były wstrząsające: okazało się, że większość przypadkowych zwerbowanych do badania osób pod wpływem presji autorytetu jest zdolna śmiertelnie szkodzić innym. Zwróciłem uwagę, że osoby te przeżywały przy tym istne psychiczne katusze, a mimo to słuchały poleceń prowadzących eksperyment. Wydaje mi się, że włączał się u nich mechanizm sumienia, ale okazywał się za słaby wobec presji autorytetu.
*
Mamy zatem już dwa mechanizmy normujące zachowania: sumienie i uległość autorytetom. O sumieniu na blogu pisałem. O wrażliwości na autorytety przed chwilą wspomniałem odwołując się do eksperymentów Milgrama. Pozostał trzeci mechanizm: wstręt.
To niezmiernie ciekawa emocja. Wygląda na to, że będę o niej teraz często pisać, gdyż stanowi dobrze już zbadany mechanizm behawioralny, który stoi u biologicznych podstaw etyki seksualnej, a także – jak twierdzi Haidt – naszej religijności (pasuje zatem jak ulał do tego bloga 🙂 ).
Jeden z bardziej wnikliwych badaczy Paul Rozin wysunął hipotezę, że mechanizm wstrętu jako adaptacja powstał w odpowiedzi na doświadczany przez pierwotnych ludzi „dylemat wszystkożercy”. Wszystkożerność pozwala adaptować się do różnych warunków, ale grozi także zatruciami i chorobotwórczymi zakażeniami. Krótko mówiąc reagowanie wstrętem chroniło naszych przodków przed spożywaniem niebezpiecznego pożywienia, zwłaszcza padliny. Automatycznie reakcja ta przenosiła się na zwierzęta, które mają kontakt z padliną (larwy much, karaluchy, szczury, sępy). Wraz z większą socjalizacją wstręt zaczął regulować także relacje międzyludzkie. Reagujemy wstrętem na choroby skóry, a także na cielesne ułomności. Ponadto wszystkie wydzieliny ciała są wyzwalaczami wstrętu. A ponieważ seks jest na poziomie biologicznym „wymianą płynów” (definicja znajomego lekarza), to oczywiste, że wstręt odgrywa podstawową rolę w regulowaniu zachowań seksualnych i ich moralnej ocenie. Ale o tym innym razem.
Tu interesuje mnie przede wszystkim pytanie: jak to się stało, że tę samą reakcję wstrętu (te same mięśnie grymasu wstrętu) uruchamia obrzydliwy smród, jak i niektóre niemoralne czyny i dlaczego tylko niektóre? Haidt pyta konkretnie: dlaczego obrabowanie banku nie wzbudza wstrętu, a wykorzystanie seksualne dziecka tak? Wraz z Rozinem zaproponował teorię, która próbuje odpowiedzieć na te pytania. Ich zdaniem ludzie w większości kultur odruchowo porządkują obraz świata przy pomocy pionowej hierarchii: poczynając od Boga na samym szczycie, poprzez anioły, ludzi, zwierzęta, potwory i demony, na szatanie na samym dole kończąc. „Ludzie odczuwają wstręt moralny za każdym razem, gdy widzą kogoś, kto zachowuje się w sposób świadczący o jego niskiej pozycji na owym pionowym wymiarze” („Prawy umysł”, str. 146). Człowiek handlujący dziećmi w celach seksualnych wydaje się potworem pozbawionym ludzkich uczuć i dlatego wzbudza wstręt moralny – zauważa Haidt. Oszukiwanie wywołuje gniew i reakcję odwetu, działania „nieludzkie” – wstręt. Jaka jest nasza reakcja? Odruch odcięcia się, pozbycia się źródła wstrętu, a to może się przekładać na potraktowanie „wstrętnej” osoby jak nie człowieka.
Ciekawe, że Haidt w innym miejscu zauważa mimochodem, iż w ostatnim półwieczu na Zachodzie zaczęliśmy inaczej traktować zwierzęta, bardziej współczując ich cierpieniu. „W tym samym czasie – dodaje – istotnie zmniejszył się zakres form aktywności seksualnej, które budzą wstręt” (str. 171). Zmniejszył się dystans do zwierząt i od razu wzrosła tolerancja wobec „zwierzęcych” zachowań jako korelacja wynikająca z jego teorii hierarchii? Tego Haidt nie dopowiada, ale może kiedyś do tego wrócę. 🙂
Haidt zauważa ponadto, że z kolei szlachetne czyny wywołują także ciekawą emocję, którą nazwał uniesieniem moralnym – poświęcił jej empiryczne badania i doszedł do interesujących wniosków, ale o tym także innym razem.
*
W swoich dwóch książkach – „Prawy umysł” i starszej o kilka lat książce pt. „Szczęście”, które bardzo polecam, bo to jest nowe stymulujące spojrzenie – Haidt paradoksalnie wskazuje na przykłady, wspierające prawo, które zamierzam tu wbrew jego tezom sformułować. W badaniu, na jakich fundamentach swoje etyki budują Brazylijczycy i Amerykanie, czy kierują się obok troski i sprawiedliwości także lojalnością, autorytetem i świętością, „efekt państwa” (różnica kultur) okazał się dużo mniejszy niż „efekt klasy społecznej” (wykształcenie, dobrobyt). Innymi słowy niezależnie od tego czy Amerykanie, czy Brazylijczycy, jeśli byli z wyższych warstw, kierowali się etyką indywidualistyczną (sprawiedliwość i troska), natomiast ci z niższych warstw – etyką kolektywną (lojalność, autorytet) i etyką świętości. Haidt konstatuje: „W poszukiwaniu zmienności moralnej poleciałem osiem tysięcy kilometrów na południe, podczas gdy większe różnice mogłem znaleźć kilka przecznic od mojego uniwersytetu, w pobliskiej ubogiej dzielnicy” („Prawy umysł”, str. 50). Zauważa także, iż indywidualistyczna i liberalna etyka autonomii zaczęła na Zachodzie dominować dopiero po I wojnie światowej wraz z wzrostem dobrobytu.
Te fakty wskazują na wyraźne czynniki wpływające na rodzaj etyki, która staje się ważna i którą się odruchowo kierujemy.
*
Ostatecznie prawo równowagi społeczno-kulturowej można sformułować następująco: przy danych warunkach społeczno-ekonomicznych dominować będą te regulatory zachowania (np. uległość autorytetom czy wstręt moralny), które zapewnią realizację uniwersalnych celów (przeżycie, przekazanie życia następnemu pokoleniu, dobrobyt). Wówczas i tylko wówczas regulatory zachowania mniej związane z moralnością uzyskują autoryzację najważniejszego moralnie regulatora: sumienia. Sumienie może działać (w każdym razie powinno działać) zawsze. W warunkach trudniejszych, gdy nie jest w stanie samo zapewnić realizację podstawowych celów, ustępuje pola regulatorom bardziej ryzykownym, ale za to skutecznym. W ten sposób, jak mi się wydaje, człowiek mimo wszystko pozostaje istotą moralną i racjonalną: nie ma prawdziwej moralności bez racjonalności. I takiego stanowiska będę bronił (wbrew Haidtowi i innym).
Skomentuj ~asertyk Anuluj pisanie odpowiedzi