Panią Dorotę zaniepokoiły pytania, które postawiłem w poprzednim wpisie. Pytałem: „Jak jest możliwe tak piękne życie bez wiary? Po co Jezus, skoro bez Niego można być człowiekiem ewangelicznym? Po co Kościół?”. Padła sugestia, że ma to być jedynie prowokacja wywołująca ruch na blogu. Pisałem już, że pytania te stanęły przede mną przy smutnej okoliczności śmierci pani prof. Skargi. Nie traktuję ich jako taniej prowokacji. Przeciwnie, dostrzegam szansę pogłębienia świadomości na temat tego, czym jest wiara.
Właśnie ze względu na to, kim była i co sobą reprezentowała Barbara Skarga, mamy – jak mi się wydaje – rzadką okazję, by takie pytania dopuścić do siebie, bez ryzyka umniejszenia człowieka czy odbierania mu nadziei. Moim alibi jest sama Pani Profesor, a właściwie brak w niej jakichkolwiek odruchów nienawiści czy pogardy wobec człowieka, choć nie miała co do niego złudzeń („człowiek to nie jest piękne zwierzę” – pisała). Lubiła pytać o źródła – teraz my możemy zapytać w stosunku do niej: gdzie jest źródło piękna jej osoby? Dla mnie odpowiedź jest oczywista: prawdziwe piękno może mieć tylko jedno źródło.
Co mi natomiast mówi jej niewiara? Gdy myślę o tym, narzuca mi się taka odpowiedź. Bóg ostrzega mnie, że nie pozwoli się do końca oswoić – nie pozwoli uczynić z Siebie przedmiotu manipulacji. Mam skłonność myśleć o swojej wierze: tylko ze mną, katolikiem, tak naprawdę Bóg się przyjaźni, bo tylko ja czynię, to co jest Mu miłe. Co streszcza się w przekonaniu: tylko ja tak naprawdę znam Jezusa. Zapominam, że inicjatywa zawsze należy do Niego, a moja odpowiedź nigdy nie będzie współmierna. Zauważcie, że jedyne, co Jezus na pewno wszystkim obiecuje w Mateuszowej przypowieści o sądzie, to zaskoczenie: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię?” (25,31-46). Nie daje się oswoić. Pani Dorota chyba myśli podobnie, gdy mówi o Bożej wszechmocy, która z definicji jest nieogarniona. Dlaczego ta świadomość nieoswajalności Boga jest ważna?
Wiara jest czymś bezcennym, gdyż daje naszemu życiu perspektywę, głębię – nie tylko chwilowe pocieszenie, ale trwałe umocnienie, jak mówi o. Kłoczowski. Nie musimy lękać się, że to, co uważamy za bezcenne, np. wartość kochanej osoby, przepadnie w niebycie…
To umocnienie jest o tyle realne, o ile jest źródłowo niezależne od moich pragnień (co nie znaczy, że ich nadobficie nie zaspokaja). Właśnie dlatego też nie mogę tego umocnienia zamknąć w jakiejś ostatecznej konkretyzacji, nad którą bym panował, a co za tym idzie – mógł nią manipulować. Nawet jeśli w pełnej żarliwości wierze wyznaję, że nie ma pod słońcem innego Imienia, w którym byłoby zbawienie, do końca nie wiem przecież, co mówię. Decyduję się jednak w ten sposób iść pewną drogą, kierując się pewnymi znakami.
W symbolicznym sensie takimi znakami są np. niektóre sceny z Ewangelii: gdy Maria Magdalena w przepięknej perykopie słyszy własne imię (mam wrażenie, że właśnie o takim osobistym spotkaniu z Jezusem pisze pani Dorota); gdy kobieta cudzołożna zostaje uratowana przed ukamienowaniem; gdy Boga dostrzegamy w znaku łamania chleba (Eucharystia); w doznaniu niespodziewanie obfitego połowu (różne życiowe sytuacje). Ale przede wszystkim to droga błogosławieństw. Możemy w ciemno Boga się spodziewać przy smutnych, cichych, łaknących sprawiedliwości, miłosiernych, czystego serca, wprowadzających pokój, cierpiących, ubogich w duchu, czyli jak to pisze Niezapominajka – anawim. Czasem, sądząc po świadectwach, jest to droga całkowitego ogołocenia, jak w życiu Matki Teresy z Kalkuty czy w ostatnich dniach Jana Pawła II (wtedy, tak sobie myślę, Bóg działa przez człowieka jakby wprost).
Coraz bardziej jestem przekonany, że to wszystko, czego nauczeni zostaliśmy w Kościele, na katechezie, co jest zawarte np. w Katechizmie, to też tylko znaki – preambula fidei (przedsionek wiary). Wiara przychodzi niespodziewanie (jak złodziej) i ponad naszymi myślami, pragnieniami, działaniami, a nawet dobrymi uczynkami. Przychodzi jako umocnienie, którym nic nie jest w stanie zachwiać… Być może czasem bez „załącznika” wskazującego na swoje źródło (przypadek Barbary Skargi?). Możliwe, że można mieć w sobie źródło niezwykłego męstwa i szlachetności zupełnie bez świadomości, skąd ono pochodzi. Możliwe także, iż całym sobą będziemy tęsknić za Bogiem i jego umocnieniem, że będzie się nam zdawać, iż kompletnie jesteśmy rozbici, tymczasem cały czas będzie w nas całkowicie nieuświadomiona wielka wiara, która objawi się w momencie próby. Być może nawet zdarzyć się może tak, że wiara nigdy nie objawi swojej umacniającej mocy, że będziemy umierać ze świadomością całkowitej klęski, trzymając się wbrew faktom, jedynie Bożej obietnicy jako ostatniej deski ratunku… A może zupełnie stracimy wszelką nadzieję, a wiara i tak będzie działać… Skoro wiara ma być łaską, czyli darmowym i suwerennym darem Boga, to bądźmy konsekwentni i nie wskazujmy Bogu, co i jak ma robić…
(Wiem, wiem, co powiedział Augustyn: że Bóg stworzył cię bez ciebie, ale nie zbawi cię bez ciebie. Zatem nasze zbawienie jest zależne od nas i to w decydującym stopniu. Stąd potrzeba precyzyjnego „przepisu na zbawienie”. I powracamy do punktu wyjścia. Ciekawe więc, skąd Augustyn to wie?)
Natomiast często za wiarę bierzemy coś, co jest zwykłym pocieszeniem. Wtedy narażamy się na manipulowanie Bogiem, Kościołem, bliźnimi. Pisałem już o tym i będę jeszcze pisał w najnowszym numerze TP (tekst „Dwa ateizmy”). Tutaj, na blogu, nieco szerzej spróbuję przyglądnąć się mechanizmom owego pocieszania się kosztem religii. Są to, jak mi się wydaje, uniwersalne mechanizmy – działające nie tylko w sferze religijnej. Ale akurat konfesyjna otoczka przydaje im „świętej racji”, co jest szczególnie bolesne. O tym jednak następnym razem.
Skomentuj ~Farad Anuluj pisanie odpowiedzi