Czytam wszystkie komentarze. Chciałoby się do wielu coś dopowiedzieć – nie bardzo jednak mam możliwość przy tej formule blogu i obowiązkach redakcyjnych. Niektóre komentarze dały mi do myślenia. Jednym z nich jest wpis Narcyzy o problemie masturbacji u samotnych dorosłych osób.
Komentując „Udawanie Greka” Narcyza napisała:
Chciałabym podpowiedzieć, żeby zajął się pan nie tylko seksem małżeńskim, ale także problemami związanymi z seksualnością przeżywanymi w samotności. Mam 30 lat, jestem katoliczką. Czuję wyraźne powołanie do małżeństwa i macierzyństwa, ale jeszcze (?) nie spotkałam na swojej drodze odpowiedniego mężczyzny. Jednocześnie od lat borykam się ze swoim niezaspokojonym popędem seksualnym i masturbacją, które to zjawiska są bardzo wyraźnie powiązane z moim cyklem (dni płodne). Jest mi z tym strasznie trudno i nie mogę zrozumieć, dlaczego te trzy minuty szamotaniny pod kołdrą są takim grzechem ciężkim jak morderstwo. Ale najtrudniejsza jest dla mnie całkowita obojętność Kościoła na moje problemy. Nie znalazłam żadnego tekstu ani świadectwa dotyczącego seksualności dorosłych samotnych kobiet. Jeśli mówi się o onaniźmie, dotyczy to kilkunastoletnich chłopców, a do starszych kierowane są nauki o wstrzemięźliwości przedmałżeńskiej. Księża w konfesjonale po prostu mi nie wierzą i sugerują, że przyczyną jest oglądanie pornografii w Internecie.
Kilka razy przymierzałem się do odpowiedzi. Powstrzymywała mnie obawa, że nawet najbardziej teoretyczna i oderwana wypowiedź będzie mieć równocześnie charakter „porady”. Choć Narcyza nie oczekuje ode mnie porady, to jednak jakakolwiek wypowiedź na temat moralnej wartości rozładowywania w ten sposób napięcia seksualnego miałaby zarazem taki charakter. Nie czuję się w tym kompetentny – nie jestem duszpasterzem ani psychoterapeutą. Poza tym nie chcę, by ten blog stał się miejscem udzielania porad w konkretnych życiowych sytuacjach. Zależy mi tu przede wszystkim na badaniu „jak jest naprawdę” – z naszym życiem, z nauczaniem Kościoła, z Bożymi postanowieniami wobec nas… Co z tego w praktyce może wyniknąć w konkretnych życiowych sytuacjach, to sprawa przede wszystkim między Bogiem a sumieniem danej osoby – nie mnie w to ingerować!
Być może Narcyza będzie rozczarowana, bo moja wypowiedź też dotyczyć będzie „kilkunastoletnich chłopców” (choć jak się wczyta zobaczy różnicę). Przyszło mi bowiem do głowy, że jest dziedzina, w której chcąc nie chcąc muszę być kompetentny i mam władzę. Władzę większą od samego papieża! Tą dziedziną jest ojcostwo i rodzicielski obowiązek ewangelizowania własnych pociech. Mogę się zatem podzielić tym, co o masturbacji powiedziałem moim starszym synom: dziewięciolatkowi i jedenastolatkowi.
Otóż powiedziałem im, że seksualność, która będzie się w nich powoli budzić, jest czymś niezwykłym, jest zapowiedzią fantastycznych rzeczy. Dzięki niej kiedyś być może będą mogli kogoś pokochać i założyć rodzinę (a ich tato przeżyje kolejną fantastyczną przygodę stając się dziadkiem J). Ale sprawiać im też będzie trochę kłopotów, bo odkryją w sobie pragnienia (o ile już nie odkryli), które na przykład odruchowo skłaniać ich będą do dotykania intymnych części ciała. Taki dotyk jest przyjemny. Ale – powiedziałem – nie warto się w niego angażować. Po pierwsze dlatego, że jak każda przyjemność łatwo uzależnia (to dla moich synów silny argument, bo sami od kilku lat bezlitośnie na różne wyrafinowane sposoby walczą z papierosowym nałogiem swego taty). Po drugie ta przyjemność jest po to, by budować miłość między mężem i żoną i tu jest jej właściwe miejsce – wtedy przynosi niesamowite owoce. I po trzecie, taka samotna przyjemność łatwo staje się „czymś innym” – np. sposobem rodzenia sobie z jakimiś kłopotami czy stresami, a to zawsze na dłuższą metę jest pozornym rozwiązaniem – kłopoty wcale nie znikają.
Wysłuchali, trochę pożartowali, pytań nie mieli (wiedzą, że pytać zawsze mogą).
Dla moich blogowych rozmówców i czytelników istotniejsze być może będzie, czego im nie powiedziałem. Otóż nie powiedziałem im nic o „grzechu ciężkim”. Aby grzech ciężki miał miejsce potrzebna jest pełna świadomość, całkowita wolność i „materia ciężka”. W przypadku moich synów dwa pierwsze warunki prawie na pewno jeszcze nie zachodzą. Ale ja nie jestem wcale pewny, czy w przypadku masturbacji zawsze zachodzi także warunek trzeci. Po drugie, nie powiedziałem nic o „czystości”. Zauważcie, że to język perswazyjny a nie opisowy. Gdy mówimy: „to jest nieczyste”, zależy nam, by od razu zniechęcić, a nie, by dać możliwość samodzielnego wyrobienia sobie sądu na dany temat. Po trzecie, na pewno im nie powiem – i tu bezwzględnie korzystam ze swojej silnej władzy rodzicielskiej – że Kościół jednym tchem w jednym zdaniu (Kompendium Katechizmu; punkt 492) wśród czynów poważnie sprzeciwiających się czystości seksualnej stawia obok siebie gwałt, cudzołóstwo, prostytucję i… masturbację.
PS. Co do internetowych stron poruszających temat masturbacji – także osób dorosłych, wydaje mi się kompetentne forum portalu Alleluja. Natomiast wahałbym się polecać portal www.onanizm.pl, który jest pobożny, ale nie zawsze kompetentny.
Skomentuj ~.ANTYKATOLAND Anuluj pisanie odpowiedzi