Hasło w dzisiejszych czasach wyzywające. Jeśli sobie uświadomimy, że chodzi w nim o tezę moralną, głoszącą, iż seks poza małżeństwem jest czynem wewnętrznie złym (porównywalnym np. z morderstwem czy krzywoprzysięstwem), to wyzwanie staje się wręcz prowokacją. Czy dla takiej tezy można znaleźć uzasadnienie? W komentarzu pod przedostatnim wpisem Muzyk dopomina się, że kiedyś zapowiadałem taką próbę („Zamierza Pan wrócić do tego tematu?”).
Względnie łatwo można uzasadnić łagodniejszą tezę: małżeństwo jest najbardziej sprzyjającym miejscem dla seksu. Tu jeszcze nie wartościujemy moralnie, ale stwarzamy przedpole do przejścia na poziom stricte moralny.
Trop, którym chcę pójść, jest następujący: nasza szczątkowa (przeorana przez różne rewolucje seksualne i nerwice eklezjalne J) intuicja moralna podpowiada nam, że seks powinien odbywać się w kontekście miłości. To już slogan. Ale co to znaczy i czym jest miłość? Jeśli ów miłosny kontekst ma się nam przydać, potrzeba go w miarę precyzyjnie i trafnie opisać. Kto to potrafi?
*
Moim zdaniem… ewolucjoniści. Wiem, wielu zaprotestuje. Powtórzę zatem, że myślenie ewolucyjne przy wszystkich swoich niedoskonałościach ma niezastępowalną zaletę: stawia nas bliżej prawdy, bo możemy być pewni, że rozwijaliśmy się ewolucyjnie, a ponadto daje nam narzędzie pozwalające zdystansować się do często nieświadomych i mocno utrwalonych w naszych głowach przedzałożeń czy stereotypów dotyczących miłości i seksu – dziedzin bardzo podatnych na różne mentalne zniekształcenia. Tu zwykła fenomenologia (wgląd w siebie) może zawieść! Zatem na początek nie widzę lepszej, tzn. bardziej konkretnej i kontrolowalnej przez doświadczenie drogi.
*
Przedstawię koncepcję miłości, która jest uogólnioną wersją propozycji Helen Fisher (moim zdaniem dotychczas najtrafniejszej), zmodyfikowaną przy pomocy znanego modelu Sternberga. Brzmi skomplikowanie, ale te modele są bardzo proste.
Fisher jest znanym amerykańskim antropologiem, autorką naukowych bestsellerów „Anatomia miłości”, „Pierwsza płeć” i „Dlaczego kochamy”. O pierwszej książce już wspominałem we wpisie na temat kazirodztwa. Natomiast w tej ostatniej, w której przygląda się zjawisku zakochania, wyróżnia w naszym ludzkim popędzie seksualnym (prokreacyjnym) aż trzy różne, ale współpracujące ze sobą i tworzące zintegrowaną całość popędy – każdy kierowany przez własną, ewolucyjnie powstałą „pierwotną sieć połączeń nerwowych w mózgu”:
1. pożądanie – czyli pragnienie zaspokojenia seksualnego z prawie każdym wywołującym podniecenie osobnikiem; na poziomie neuronalnym odpowiada za nie przede wszystkim testosteron;
2. zakochanie – nazywane przez Fisher nieco myląco „miłością romantyczną”, które odpowiada za to, że skupiamy uwagę na jednym osobniku, nie marnując cennej energii i zasobów na innych, za co odpowiedzialne są według Fisher dopamina, noradrenalina i serotonina; oraz
3. przywiązanie – „uczucie spokoju, bezpieczeństwa i jedności z wieloletnim partnerem”, stymulowane przez wazopresyne i oksytocynę.
Relacje między tymi popędami są z grubsza takie: zakochanie rodzi pożądanie, które z kolei zaspokojone prowadzi do przywiązania. Ale w rzeczywistości wyróżnione neuroprzekaźniki oddziałują ze sobą nieliniowo. To znaczy, że np. za dużo testosteronu blokuje wazopresynę i na odwrót. Ta sugestia Fisher potwierdza, jak pamiętacie, obserwacje Ester Perel w jej „Inteligencji erotycznej” (zbyt duża bliskość gasi namiętność).
*
Wniosek jest taki, że bardzo wiele zależy… od naszego zaanagażowania. A to pojęcie dość dobrze opracował Robert Sternberg w swoim znanym, także trójczłonowym modelu miłości, złożonym z: namiętności, bliskości i właśnie zaangażowania. Wszystkie możliwe kombinacje tych czynników tworzą zdaniem tego amerykańskiego psychologa siedem odmian miłości, z których najpełniejsza (miłość doskonała) zawiera harmonijnie wszystkie trzy składniki.
Choć Sternberg w przeciwieństwie do Fisher bardziej kombinuje niż opiera się na doświadczeniu, jego model podkreśla pasywno-aktywną naturę miłości: miłość tylko do pewnego stopnia dzieje się sama, dlatego nie ma kompletnej miłości bez zaangażowania!
Z kolei Fisher jakby zapomina o tym twardym fakcie, że zakochanie przypomina kupno samochodu na kredyt z odroczona ratą i po fundowanym przez naturę okresie promocyjnym trzeba spłacać dług, czyli się zaangażować, dlatego jej model wymaga uogólniającej korekty.
Ostatecznie według dość solidnych danych empirycznych, mówiąc o miłości, mamy na myśli: bardzo silnie motywujące nas zakochanie, które po jakimś czasie ustępuje naszemu zaangażowaniu, prowadziąc do pożądania i konsumpcji związku oraz do pojawienia się wyłącznej, trwałej i niezastępowalnej bliskości oraz harmonii (taki jest mniej więcej sens małżeństwa). W ewolucyjnym tle oczywiście jest prokreacja, o której nie powinniśmy zapominać, bo to jej zawdzięczamy tyle zamieszania z miłością. J
Stawiam hipotezę, że seks właśnie ma sens w takiej zintegrowanej całości – poza nią nie służy osobie.
Skomentuj ~MagCzu Anuluj pisanie odpowiedzi