Od znajomego księdza otrzymałem mail dotyczący mojego pierwszego wpisu. Przytaczam, gdyż jest interesujący:
Pytanie, które jest wirtualnie ukryte w Twoim tekście brzmi: czy Kościół swoim nauczaniem szkodził ludziom? Odpowiedź wydaje się oczywista zarówno dla katolików (Jak można tak mówić?) jak i dla ich przeciwników (Jak można nad taką oczywistą kwestią w ogóle dyskutować?). Ty znajdujesz się w diablo trudnej sytuacji, bo właściwie dajesz odpowiedź typową dla krytyków katolicyzmu, a jednocześnie robisz to ze środka Kościoła. „Tertio millenio” moim zdaniem nie przetarło zanadto szlaków jeśli chodzi o takie ruchy. Po pierwsze zauważ, że dokument ten jest napisany w taki sposób, iż odnosi się wrażenie, że narozrabiały jedynie niesforne DZIECI Kościoła, które od samego Kościoła są starannie odróżniane: „…jest rzeczą słuszną, aby Kościół w sposób bardziej świadomy wziął na siebie ciężar grzechu swoich synów, pamiętając o wszystkich tych sytuacjach z przeszłości, w których oddalili się oni od ducha Chrystusa i od Jego Ewangelii”.
Takie sformułowania są zapewne efektem dbałości o teologiczną poprawność, ale rodzą też praktyczne trudności. Normalnie albo przemawia się z pozycji autorytetu, co na ogół wyklucza dyskusję, albo z pozycji kogoś, kto dysponuje argumentami – dobrymi, ale i podatnymi na krytykę. Rozmówcy reprezentujący nauczanie kościelne w debacie z kimś, kto jest katolikiem, tak jak Ty występują w obu rolach na raz. Musi to jednak wywoływać frustrację w czasie debaty, gdy rozmówca, kiedy mu wygodnie, co i rusz zakłada i zdejmuje oficerską czapkę i oświadcza: „Teraz przemawiam do Ciebie jako dowódca i nie zniosę kwestionowania moich słów. A teraz – argumentuję jako partner”.
Piszę o tym, bo tym razem porywasz się wyraźnie na zaatakowanie dowódcy. Nie pomaga Ci jeszcze i to, że Kościół przyznaje się teraz w miarę chętnie do tego, co „jego synowie” narozrabiali lat temu czterysta. Dystans między poglądami głoszonymi z ambon w czasach Juliusza II i Benedykta XVI jest jednak tak oczywisty, że przeprosiny takie nie owocują wielkimi skutkami. Co innego, gdy dotykasz problemu duszpasterstwa małżeństw czasów Piusa XI.
I teraz to, co mnie w całej sprawie najbardziej męczy. Zwłaszcza jako metodologa. Przy tak dużym kalibrze salw przydałoby się naprawdę mocne oparcie w argumentach. Tymczasem takie stwierdzenia jak:
„Magisterium, najwyraźniej nie zdając sobie w pełni z tego sprawy, postawiło sumienia katolików przed alternatywą: albo całkowita wierność nauczaniu i ryzyko „uśmiercenia” własnego małżeństwa, albo kosztem nieposłuszeństwa Kościołowi obrona Boga w miłosnej relacji seksualnej przed ignorancją odpowiedzialnych za nauczanie” …są bardzo ciężkie, ale też i trudne do udowodnienia. Czym poprzesz tezę, że 70% oziębłych małżeństw to skutek „Castii connubii”? Wydaje mi się, że wystawiłeś się na zarzut zastosowania małej manipulacyjki w passusie, w którym sugerujesz związek przyczynowy. Z tego, że małżeństwa były oziębłe i że religia jest istotnym czynnikiem określającym przeżywanie seksu nie wynika, że sugerowany przez Ciebie związek jest pewny. Zupełnie nie czuję się tu ekspertem, ale oziębłość seksualna jest chyba chorobą zmodernizowanych społeczeństw, a pamiętam jak przez mgłę, że we „Wproście” lub w „Newsweeku” kilka lat temu jakiś publicysta powoływał się na amerykańskie badania wskazujące na korelację pozytywną między satysfakcją z pożycia seksualnego a posłuszeństwem kościołowi. Wprawdzie w te drugie badania prawie też zupełnie nie wierzę, ale łatwo ktoś może z czymś takim wyskoczyć. Co wtedy zrobisz?
Co bym zrobił? Najpierw zauważył, że nigdzie nie napisałem, iż 70% oziębłych małżeństw to skutek „Castii connubii”. Na ten stan wpływ zapewne miało wiele czynników, np. trauma wojny, trudna ówczesna sytuacja materialna, pojmowanie małżeństwa nie jako międzyosobowej więzi, tylko jako osobnego „stanu”, wyznaczającego ściśle prawa i obowiązki osobno dla żony i męża. (W tekście robię takie zastrzeżenie.) Apropos „stanu małżeńskiego”, jeszcze kilka lat temu słyszałem w kościele zapowiedź tzw. „nauk stanowych” – rekolekcji dla mężczyzn i osobno dla kobiet. Takie duszpasterskie podejście utrwala „osobność” zamiast więź. Czy służy wobec tego małżonkom? Kolejny kamyczek do ogródka…
Wracając do pytania, nie interesuje mnie, u ilu dokładnie małżonków pełna wierność nauczaniu doprowadziła do oziębłości. Stawiam natomiast hipotezę, że owo nauczanie prędzej prowadziło do oziębłości niż do szczęścia małżeńskiego. Kościół w ten sposób nie pomagał małżonkom – ten fakt mi wystarcza. Trudniej – jak mi się wydaje – bronić tezy przeciwnej. (Mógłbym się tu powołać na badania z lat 80., czyli po zaistnieniu w świadomości Polek i Polaków „Sztuki kochania” Wisłockiej, w których odsetek oziębłych kobiet znacznie zmalał, ale wolałbym uniknąć dyskusji na temat wartości metodologicznej badań socjologicznych, bo nie o to mi chodzi.)
Natomiast zaciekawiło mnie pytanie związane z „Tertio millenio”: czy to Kościół szkodził, czy ludzie Kościoła? Innymi słowy, czy należy to ujmować tak: „święty Kościół grzesznych ludzi”? Wszystko zależy od tego, gdzie ten święty Kościół jest: w „urzędzie” (Biskupa Rzymu)? Na „papierze” (w tekście dokumentu)? Sądzę, że jest przede wszystkim w głosie sumienia – czasem stłumionego, czasem mylącego się. Dlatego „święty Kościół” był bardziej w – jeśli tak górnolotnie mogę powiedzieć – sercu Husa, wymawiającego na stosie słowa Credo, niż w słowach, urzędach i autorytecie jego oprawców.
Skomentuj ~sobieszczak Anuluj pisanie odpowiedzi