Wdzięczny jestem MiDo za tak merytoryczny komentarz. Marzą mi się podobne dyskusje także na łamach TP, ale sprowokowanie ich nie jest rzeczą prostą. Odpowiadam w obszerniejszym wpisie, gdyż pojawiło się wiele nowych ciekawych wątków. Zatem:
Ad. 0) Przygodność świata jest dla mnie oczywistością. Nie dostrzegam problemu z prawdą o stworzeniu świata przez Boga. Ta prawda nie wchodzi w kolizję z nauką. Zastanawiałem się, dlaczego. Czemu stworzoność daje się z nauką pogodzić, w przeciwieństwie do prawdy o upadku i istnieniu naszych prarodziców? Wydaje mi się, że dlatego, iż autorem nieustannego aktu stwarzania jest Bóg, który z definicji transcenduje świat wraz z prawami przyrody jako ich stwórca właśnie, natomiast autorem upadku ma być człowiek, który jest częścią świata i podlega jego prawom. Pytanie o zgodność z prawami przyrody w przypadku upadku człowieka jest zatem nieuniknione.
Co do orygenesowej koncepcji przeddziejowego raju, to odebrałem ją jako propozycję symbolicznej czy wprost mitologicznej interpretacji Biblii, a nie realistycznej, jak zdaje się Pan ją traktuje (historia o pradziejach to nie opowieść o innej faktycznie rzeczywistości tylko wskazanie przy pomocy literackiej narracji na fundamentalne dla człowieka prawdy – zaskoczyła mnie w tym sensie nowoczesność propozycji Orygenesa, ale być może błędnie ją zrozumiałem).
Ad. 1) Oczywiście nie miałem zamiaru wyczerpująco definiować, co to znaczy być człowiekiem. Gdy pisałem, że hominizacja związana jest z pojawieniem się sumienia na drodze ewolucyjnego rozwoju, chciałem wskazać na pewną wizję, która do mnie w sposób szczególny przemawia. Sumienie jest odmianą szerszej zdolności do refleksji i abstrakcyjnego myślenia, charakteryzującej, jak mi się wydaje, tylko gatunek ludzki. Chodzi o umiejętność dostrzegania prawd obiektywnych, niezależnych od samego procesu poznania. Mam na myśli nie tylko obiektywne wartości moralne (choć one stanowią o naszym człowieczeństwie chyba w największym stopniu), ale także np. abstrakcje matematyczne: idee trójkąta czy liczba „trzy” istnieją w platońskim świecie idei (a może lepiej – w popperowskim świecie nr 3) niezależnie do tego, jak do nich dotarliśmy i czy ewolucja biologiczna mogła się przypadkowo potoczyć w taką stronę, która uniemożliwiłaby nam ich odkrycie. (Pytanie tylko: czy wtedy bylibyśmy ludźmi?) Innymi słowy hominizację rozumiem jako ewolucyjne zdobycie świadomości, że poruszamy się w świecie duchowym, choć pochodzimy i nadal zależni jesteśmy od świata biologicznego.
Przy okazji, warto zdawać sobie sprawę z trudności, jakie napotkamy, gdy przyjmiemy perspektywę jednostkową a nie gatunkową przy próbach odpowiedzi na pytanie: co to znaczy być człowiekiem? Jeśli opiszemy jakąś jednostkę jako wzorcowego człowieka, to zawsze mnóstwo innych jednostek nie będzie w stanie jej dorównać. Weźmy choćby przypadek niemowląt… I nie chodzi tu tylko o moralność, ale także o „osobowy kontakt z Bogiem”. Barbara Skarga, która – jak już tu pisałem – osiągnęła dla mnie wybitny stopień człowieczeństwa, jako ateistka była raczej pozbawiona osobowego kontaktu z Bogiem. Jak zinterpretować ten fakt? (Dlatego osobiście wolę przyjmować, że o takim kontakcie decyduje ostatecznie Bóg a nie człowiek – wiara jest łaską, zatem moim zdaniem nie może być ostatecznym wyznacznikiem człowieczeństwa; chyba że Pana źle zrozumiałem…)
O człowieczeństwie można bezpiecznie mówić tylko z perspektywy gatunkowej. Człowiekiem jest ten, kto genetycznie przynależy do gatunku „człowiek”, a ów gatunek charakteryzuje się tym m.in., że jego przedstawiciele potencjalnie zdolni są do refleksji i myślenia abstrakcyjnego oraz do wysoce merytorycznej współpracy w tych dziedzinach.
Ad. 2) Ten punkt jest dla mnie bardzo ciekawy. Człowiek rozumiany jako niezwykle skomplikowana informacja „reprezentowana” w rzeczywistości przez układ materialnych składników – o ile mi wiadomo, takie ujęcie było rozważane przez współczesnych filozofów analitycznych. Np. brytyjski filozof Derek Parfit przy pomocy myślowych eksperymentów science fiction na temat teleportacji (przesyłania na odległość owej ludzkiej informacji i odbudowywania człowieka w nowej „reprezentacji” w odległym miejscu – np. na innej planecie) zastanawiał się, czym jest osobowa tożsamość i ciągłość psychologiczna. Czy taka składająca się na nas informacja to współczesny odpowiednik duszy?
Dostrzegam tutaj problem, który w tradycyjnej metafizyce nazywany był problemem jednostkowienia: każdy z nas postrzega siebie jako osobę jedyną, niepowtarzalną i niewymienialną – w sensie ścisłym jednostkową właśnie. Nie ma i nie może być we wszechświecie drugiego mnie – dokładnie takiej samej osoby jak ja. Skoro jednak informacja, która mnie stanowi, może być reprezentowana na różne sposoby, to czy te różne sposoby to byłbym za każdym razem dokładnie ja – Artur Sporniak? Co z moim jednostkowieniem, skoro możliwych jest w zasadzie nieskończenie wiele moich wiernych kopii? Zatem owa informacja mnie stanowiąca już musiałaby zawierać w sobie zasadę jednostkowienia (tożsamości). Jak to jest możliwe, skoro informacja z definicji jest abstrakcją, a więc czymś ogólnym?
Politolog niedawno proponował jako temat problem duszy. Widzimy jak jest on trudny. W tej chwili na wczasach nad naszym pięknym i zimnym Bałtykiem czytam bardzo ciekawą książkę brytyjskiego neuropsychologa Paula Broksa pt. „Niedostępny świat. Podróż w głąb umysłu”, wydaną przez prestiżowe Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne i podobno głośną na Zachodzie (to informacja od Jacka Prusaka). Jeden z jej rozdziałów to przewrotne opowiadanie o kimś, kto został teleportowany na Marsa, ale procedura anihilacji na Ziemi zawiodła, zatem bohater zaczął wieść nagle podwójne życie (to ten z Marsa zadzwonił do żony J).
Podczas studiów Broksa Parfit był jego profesorem. Ale książka jest rzeczywiście ciekawa i… irytująca, bo Broks jako neuropsycholog sugeruje, że samoświadomość (czyli Ja) to iluzja produkowana przez umysł, który z kolei jest produktem czysto materialnego mózgu. Jak się przekonuję, w tej chwili chyba takie poglądy zaczynają dominować w świecie neuronauk i stanowią największe wyzwanie dla humanistyki, w tym religii.
Ad. 3) Co do tego punktu nie mam komentarza, gdyż się z nim całkowicie zgadzam. Pisałem już wyżej, że ideę stworzenia można raczej bez problemów pogodzić z podejściem naukowym.
Ad. 4) Realistyczna koncepcja pierwotnego (równoległego) świata, którego realizacji Bóg miałby z naszego powodu zaniechać, nie jest dla mnie przekonująca. Jej słabością jest moim zdaniem arbitralność. By mnie zaciekawić, musiałaby zaproponować coś jeszcze niż tylko ratowanie ad hoc „niewinności” Boga. Czy nie lepiej zastanowić się, czy niewinność Boga nie rozumieliśmy do tej pory zbyt naiwnie?
PS. Dziękuję za uwagi A) i B). Zdaje się, że we współczesnej nauce naiwny determinizm został już przezwyciężony. Natomiast trzeba niewątpliwie przemyśleć dominujący dzisiaj naturalizm, czyli pogląd, że wszystko należy i da się tłumaczyć przyczynami naturalnymi (wewnątrzświatowymi). Moje stanowisko jest takie, że interpretacja teologiczna czy po prostu religijna nie może wchodzić w wyraźną kolizję z interpretacją naukową – z zasady naturalistyczną.
Co do „gry prawdopodobieństw” i jakiejś fundamentalnej nieokreśloności jako cechy świata ujawnianej przez mechanikę kwantową, to nie wystarczy się moim zdaniem na nią jedynie powoływać. Łatwo jest w ten sposób unikać trudnej dyskusji. Potrzeba czegoś więcej – jakichś bardziej szczegółowych interpretacji, by „ratować” naszą wolną wolę. Podejrzewam, że właśnie dlatego Penrose zaproponował swoją koncepcję mikrotubuli neuronowych, która, notabene, i tak nie spotkała się, o ile mi wiadomo, z większym zainteresowaniem.
A na myślenie ewolucyjne jesteśmy dzisiaj „skazani” – to współczesny paradygmat racjonalności i póki nie zostanie zastąpiony myśleniem bardziej wnikliwym, musimy się z nim liczyć. W przeciwnym razie narażamy się na kompromitację. W tym sensie, nie chodzi mi o samą psychologię ewolucyjną, tylko w ogóle o ewolucjonizm.
Skomentuj ~MagCzu Anuluj pisanie odpowiedzi