Niezapominajka zapytała mnie, czy sądzę, że efektem doskonałości moralnej może być rozbite małżeństwo. Pytanie postawione zostało w komentarzu do zacytowanych przeze mnie wypowiedzi kard. Ratzingera na temat antykoncepcji. Zanim odpowiem, skorzystam z okazji i najpierw powiem, co sądzę o samych cytatach.
Lubiłem czytać kard. Ratzingera, i lubię czytać Benedykta XVI. Cenię go za jasność i precyzję myśli, odpowiadające życiowym realiom pytania i dające do myślenia odpowiedzi. Dwie jego encykliki znakomite! „Jezusa z Nazaretu” czytałem z zapartym tchem. (Pisałem o tym tu i tam.) Natomiast przytoczone wypowiedzi o antykoncepcji zaskoczyły mnie, choć doceniam ich „ostrożność”, zwłaszcza, że do tej pory mieliśmy do czynienia prawie wyłącznie z „pewnością”. Kulturowa diagnoza wydaje się jednak nietrafna, a uogólnienia miejscami trącą nawet demagogią. Przecież efektem rewolucji seksualnej z 1968 roku nie było oddzielenie seksualności od płodności (to była ostatecznie sprawa drugorzędna choć „technicznie” ważna), tylko oddzielenie seksualności od trwałego związku mężczyzny i kobiety, czyli od małżeństwa! Na dobrą sprawę seksualność została oddzielona od płodności już w 1951 roku, kiedy to Pius XII zezwolił na korzystanie z naturalnych metod planowania rodziny w celu uniknięcia poczęcia. Mówienie, że „akt seksualny stracił intencjonalność i celowość, które wcześniej były dlań oczywiste i decydujące”, oznacza, iż intencjonalnością i celowością każdego aktu ma być płodność. Taka wypowiedź brnie prosto w sprzeczności. Podobnie uwagi o in vitro: „Człowiek będzie wytwarzany, planowany jak rzecz, a seksualność nie będzie już miała wartości moralnej, ludzkiej, personalistycznej, ale stanie się biologiczną funkcją naszej egzystencji”. A to dlaczego seksualność nie będzie już miała wartości moralnej, ludzkiej, personalistycznej? Czy taką wartość przydaje seksualności jedynie płodność? Albo ja nie rozumiem Kardynała, albo… temat jest sam w sobie zbyt trudny.
Co do pytania Niezapominajki, to w dużej mierze odpowiedziałem na nie przy okazji wpisu „Czy wstrzemięźliwość buduje relacje małżeńskie?” – starałem się wtedy wskazać miejsce moralności w budowaniu relacji małżeńskiej. Sądzę, że w pytaniu tym koniecznie trzeba wziąć w cudzysłów słowa „doskonałość moralna”. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że pewien typ przeżywania moralności może prowadzić do rozbicia małżeństwa. Ale właśnie będzie to moralność niedojrzała, kurczowo trzymająca się zewnętrznego autorytetu, zniewalająca a nie wyzwalająca. Jeśli żona odmawiać będzie jakiejkolwiek rozmowy z mężem na temat seksu i NPR, powołując się przy tym na swoją wierność Kościołowi, to wtedy zarówno seks, jak i wstrzemięźliwość zaczynają służyć czemu innemu niż powinny. Seks powinien służyć wyrażaniu i budowaniu więzi, a NPR – planowaniu rodziny. Jeśli rozmowę i porozumienie zastępuje lękowe zacięcie się: „bo tak chce Kościół”, to wtedy żona idzie do łóżka nie z mężem tylko… z Kościołem. A przecież to mężowi a nie Kościołowi ślubowała miłość, wierność i uczciwość małżeńską.
Jeżeli związek z Kościołem konserwuje naszą niedojrzałość, to jest to związek toksyczny. Tu przydaje się analogia, na którą się już powoływałem: pisałem, że Kościół wobec nas jest nieomylny, tak jak rodzice wobec dzieci. Więź z Kościołem może być jednak podobnie destrukcyjna jak relacje w rodzinie. Wtedy nie ma wyjścia: by w ogóle móc zdrowieć, trzeba tę więź czasowo rozluźnić.
Tylko nie bierzcie tych słów za zbyt łatwy upust dla swoich frustracji i wygodne usprawiedliwienie. Sprawa jest poważna. Carnes w książce „Od nałogu do miłości” pisze, że jeżeli w pierwotnej rodzinie erotomana relacje nadal są chore i nie ma szans poprawy, to w procesie zdrowienia konieczne jest zerwanie więzi z rodziną. Taka rada nie godzi w wartość rodziny jako takiej, czyli jako instytucji – jak wierzymy – Boskiego pochodzenia. Przeciwnie – uzależniony uczy się w grupach wsparcia budować zdrowe i bezpieczne bliskie więzi z innymi, po to właśnie, by sam mógł uzdrowić istniejącą już rodzinę, czy założyć ją zgodnie z Bożym planem.
Tak samo konieczność w niektórych sytuacjach rozluźnienia więzi z Kościołem nie godzi w Kościół jako instytucję – jak wierzymy – Boskiego pochodzenia. Przeciwnie ma tę więź w perspektywie uzdrowić. Problemem może być jednak brak środowisk, które wspierałby przywracanie równowagi w wierze. Może powinny powstawać grupy wsparcia uzależnionych od Kościoła podobne do wspólnot anonimowych alkoholików czy anonimowych seksoholików? W każdym razie zawsze można szukać kontaktu z ludźmi mądrze i silnie wierzącymi, czytać mądre książki, czy choćby… „Tygodnik Powszechny” J
Dodaj komentarz