Ponieważ pojawiły się wpisy, usiłujące dociec psychologicznego „mechanizmu” powstania tego blogu, postanowiłem opowiedzieć nieco o historii mojego zmagania się z doktryną. W 1992 r. wpadła mi w ręce po raz pierwszy encyklika „Humanae vitae”, którą z ciekawością przeczytałem. Wydała mi się wówczas nie do końca przekonująca, ale nie miałem powodu głębiej w nią wnikać. Rok później zacząłem pracę w „Tygodniku Powszechnym”. W 1995 miesięcznik Znak wydał głośny numer o antykoncepcji (483). W redakcji ustalono, że to właśnie ja go omówię. Tak się złożyło, że miałem wówczas okazję porozmawiać na temat HV ze znanym moralistą (znałem go osobiście). Umówiłem się na spotkanie. Wyszedłem rozczarowany: i sobą – wtedy nie potrafiłem zwerbalizować problemów, które intuicyjnie wyczuwałem, i rozmówcą – cały czas powtarzał, że wszystko gra. W końcu powiedziałem, że sam Paweł VI przyznaje, iż to była dla niego trudna decyzja, podjęta po wewnętrznych zmaganiach. Pisze przecież: „Po bardzo starannym przemyśleniu i rozważeniu zagadnienia, po gorących modlitwach zanoszonych do Boga, mocą powierzonego nam przez Chrystusa mandatu, uważamy obecnie za stosowne dać odpowiedź na te ważne pytania”. „Ależ skąd! – usłyszałem w odpowiedzi. – To zwyczajowa w takich dokumentach formuła”. Oczywiście, mój rozmówca doskonale znał historię powstawania i recepcji encykliki, ja jej wówczas jeszcze nie znałem (tekst „Małżeństwo pod rygorem” powstał niedawno).
Po latach, gdy natrafiłem na wypowiedź Pawła VI – cytowaną w jednym z przemówień przez Jana Pawła II – o ciężarze z jakim się zmagał: „Jeszcze nigdy nie czuliśmy tak brzemienia naszego Urzędu…”, zdałem sobie sprawę, że mój rozmówca niewątpliwie dla mojego „duchowego dobra” cały czas udawał Greka – takie duszpasterskie życzliwe mijanie się z prawdą. Od tego czasu jestem wyczulony na traktowanie wiernych w ten sposób…
*
Ale wówczas – w 1995 r. – w dalszym ciągu nie miałem powodu do zgłębiania tematu: od początku małżeństwa do dzisiaj razem z żoną stosujemy NPR w zasadzie bez większych problemów (dzięki Bogu!). Nawiasem mówiąc, osobiście uważam metody NPR za jedne z największych cywilizacyjnych osiągnięć, wciąż niestety niedostatecznie docenianych… To stawia mnie w tej komfortowej sytuacji, że mogę przyglądać się problemom małżeńskim i konfrontować je z nauczaniem Kościoła bez zbytniego osobistego zaangażowania (choć zupełnie bez emocji – przyznaję – właściwie się nie da!), a jednocześnie z bezpośrednim wglądem w małżeńskie doświadczenie…
Moja przygoda z doktryną na dobre zaczęła się dopiero kilka lat później i to przez przypadek: pod koniec 2002 r. powstał w redakcji pomysł, sprowokowany głosami czytelników, zorganizowania „tygodnikowej” debaty na temat problemów z antykoncepcją. Zadanie znów trafiło do mnie. Zacząłem się przygotowywać, po raz pierwszy wszedłem wówczas na katolickie fora dyskusyjne i… wpadłem po uszy. Zdałem sobie sprawę, że kościelny język jest dla przeciętnych wierzących niezrozumiały: zapraszanie małżonków i przedstawicieli Kościoła doprowadziłoby do wieży Babel – debata „na gorąco” mijała się z celem. Postanowiłem zacząć od Adama i Ewy, czyli spisać problemy, jakie rodzą się w głowach małżonków podczas lektury HV. W efekcie powstał tekst „Seks, miłość i antykoncepcja”, a potem – dalsze teksty. Niektórzy weterani forów tę historię dobrze znają. J
*
O co więc mi chodzi po tych pięciu latach zmagań? O kilka rzeczy. Najpierw o stawianie małżonków zbyt często w sytuacji – jak się wydaje – przypominającej nieco słynny „paragraf 22”: macie kłopoty z doktryną, bo za mało się staracie. No dobrze, staramy się więcej i kłopoty z doktryną nie znikają. Nie, tylko się wam wydaje, że kłopoty z doktryną nie znikają, tak naprawdę nie znikają wasze kłopoty z sobą samym. Jak to zamknięte koło przełamać?
Spróbuję dać przykład „z najwyższej półki” (im niższa półka, tym jest – jak się zdążyłem zorientować – gorzej): W punkcie 21. HV czytamy: „Etycznie poprawna regulacja poczęć tego najpierw od małżonków wymaga, aby w pełni uznawali i doceniali prawdziwe wartości życia rodziny, oraz by nauczyli się doskonale panować nad sobą i nad swymi popędami. Nie ulega żadnej wątpliwości, że rozumne i wolne kierowanie popędami wymaga ascezy, ażeby znaki miłości, właściwe dla życia małżeńskiego, zgodne były z etycznym porządkiem, co konieczne jest zwłaszcza dla zachowania okresowej wstrzemięźliwości. Jednakże to opanowanie, w którym przejawia się czystość małżeńska, nie tylko nie przynosi szkody miłości małżeńskiej, lecz wyposaża ją w nowe ludzkie wartości. Wymaga ono wprawdzie stałego wysiłku, ale dzięki jego dobroczynnemu wpływowi małżonkowie rozwijają w sposób pełny swoją osobowość, wzbogacając się o wartości duchowe. Opanowanie to przynosi życiu rodzinnemu obfite owoce w postaci harmonii i pokoju oraz pomaga w przezwyciężaniu innych jeszcze trudności, sprzyja trosce o współmałżonka i budzi dla niego szacunek, pomaga także małżonkom wyzbyć się egoizmu, sprzeciwiającego się prawdziwej miłości oraz wzmacnia w nich poczucie odpowiedzialności”.
Załóżmy, że Papież ma rację, że owa wstrzemięźliwość i opanowanie rzeczywiście przynoszą życiu rodzinnemu nowe obfite owoce. Co jednak z małżonkami, którzy nie potrzebują nic regulować: którzy chcą mieć dużo dzieci i współżyją kiedy mają na to ochotę (przez 20 wieków chrześcijaństwa takich małżeństw była większość!); którzy właśnie oczekują dziecka, a ciąża jest zdrowa i obficie korzystają ze sprzyjającej wówczas kobiecie fizjologii; którzy są w okresie post-menopauzy i rodzicielstwo ich już nie dotyczy, a temperament nie opadł? Czy rozwój ich osobowości jest wówczas zagrożony? Czy pozbawieni są oni bogactwa wartości duchowych, harmonii, pokoju, troski o współmałżonka, szacunku, prawdziwej miłości, poczucia odpowiedzialności? Czy punkt 21. jest zatem opisem rzeczywistości, czy myśleniem życzeniowym na użytek obrony normy?
*
Zdarzają się duszpasterze, którzy nie uciekają w ten sposób od rozmowy o problemach małżeńskich (cieszę się, bo mam wrażenie, że jest ich coraz więcej!). Którzy rzeczywiście przejmują się trudnościami i próbują zrozumieć małżonków oraz im konkretnie pomóc. Warto to doceniać! Ale i tutaj rozmowa dochodzi do punktu, w którym się zwykle załamuje. Otóż mówią oni miej więcej tak: jest naturalne i zrozumiałe, że możecie mieć kłopoty, sfera seksualna jest bardzo dynamiczna, nie łatwo ją od razu i na każde zawołanie okiełznać. Wiemy, że gdy skrupulatnie będziecie starali się to zrobić, przynieść to może odwrotny skutek. Nie upadajcie na duchu i zbyt łatwo nie oskarżajcie się o najgorsze rzeczy! Toż to słabość ludzka! Po prostu liczcie się z tym, że jako ludzie jesteśmy słabi. Ważne, by nie popadać w skrajności. Trzeba cieszyć się seksem, ale trzeba też starać się zarazem nie upadać.
To prawda. Jesteśmy słabi, upadamy i potrzebujemy wciąż od nowa się podnosić. Problem w tym, że w życiu małżeńskim zdarzają się sytuacje, w których nauczanie Kościoła dostrzega co najmniej ową słabość, a które dla samych małżonków żadną słabością nie są. Jasne, wystarczyłoby je wtedy za taką uznać i właściwie po problemie – grzechu ciężkiego nie ma, bo wola ograniczona. Ale czy to uczciwa gra wobec własnego sumienia?
Podam przykład: z powodu licznych drobnych nieporozumień i niedopowiedzeń atmosfera małżeńska się zagęszcza. (Zdarza się, takie kryzysy są właściwie nieuniknione i nie należy się ich bać.) Dochodzi do „cichych dni”. Ponieważ małżonkowie się bardzo kochają, długo milczenia nie wytrzymują i wybucha spór. Gdy emocje opadają, zaczyna się konstruktywna rozmowa o problemach. Dochodzi do porozumienia. Małżonkowie mają silne poczucie, że w ich miłości wznieśli się na nowy poziom. Odczuwają silną potrzebę seksualnego przypieczętowania – mówiąc górnolotnie – odnowionego przymierza małżeńskiego (wszakże seks, na co z siłą wskazywał Jan Paweł II, jest „mową ciała” odnawiającą przymierze!). Problem w tym, że… jest faza płodna, a oni nie mogą sobie teraz pozwolić na poczęcie. Bez zastanowienia angażują się w pieszczoty doprowadzające do szczytowania. Owszem, zachowanie, z powodu zewnętrznych (fizjologicznych) okoliczności, „niedoskonałe”, ale to małżonkom wcale nie przeszkadza – seks fantastyczny, bo wsparty o silne emocje i poczucie bliskości! Gdzie tu słabość?
Nie widzę innego wyjścia, jak mimo wszystko próbować spokojnie i rzeczowo o tym rozmawiać. Wierzę, że z korzyścią dla wszystkich.
Skomentuj ~Narcyza Anuluj pisanie odpowiedzi