Esther Perel w „Inteligencji erotycznej” twierdzi, że miłość, a w niej potrzeba bezpieczeństwa, bliskości i troski, oraz erotyka, czyli namiętność, pożądanie i ekscytacja, to dwie często przeciwstawne „równoległe narracje” (s. 42). Co to oznacza?
Przede wszystkim to, że nie ma między nimi harmonii polegającej na prostej zależności (np. linearnej – jak jedno rośnie, automatycznie rośnie także drugie), jakbyśmy chcieli i jak często naiwnie zakładamy. Niestety, o oba komponenty związku trzeba się starać osobno, często głowiąc się, jak nie utracić pierwszego przy podsycaniu drugiego i na odwrót. Na tym ma polegać inteligencja erotyczna: na umiejętności wprowadzania niezbędnego dla pożądania dystansu między partnerami w taki sposób, by jednocześnie wzmocnić związek, a nie zniweczyć go. Perel jest optymistką – twierdzi, że taka chwiejna równowaga przy odpowiednim stałym zaangażowaniu, pomysłowości i odwadze eksperymentowania jest możliwa. I to mnie głównie zaciekawiło – jeżeli harmonia jest nieprzypadkowo możliwa, oznacza to, że gdzieś poza bezpośrednim naszym zasięgiem znajduje się pierwotny splot tych narracji – bije wspólne źródło miłości i namiętności. Ciekawe jest też pytanie, skąd ta dysharmonia się ostatecznie bierze i dlaczego godzenie miłości z namiętnością jest takie trudne.
Perel programowo nie stawia tak dalekosiężnych pytań – interesują ją tylko praktyczne rozwiązania, gdyż jako terapeutka pragnie zachować neutralność wobec sporów o istotę seksualności i ostatecznych jej fundamentów. Rozumiem taką postawę, niemniej prowadzi ona do wyraźnych ograniczeń i mnie, jako osobie, która korzysta z seksualności w małżeństwie, to nie wystarcza. Spróbuję wskazać na te ograniczenia.
Po pierwsze, nie mając całościowej perspektywy i wglądu, nie znamy granic takiej doraźnej regulacji pożądania – nie wiemy, kiedy zwiększanie dystansu zacznie godzić w sam związek. W książce, obok wielu cennych uwag, pojawiają się także zaskakujące porady, np. żonie, której mąż wydaje się być zbyt opiekuńczy i czuły, Perel radzi: „Dlaczego się z nim nie rozwiedziesz? – pytam. – Zostań z nim, ale się rozwiedź. Może gdy nie będziesz żoną, nie będzie ci się wydawał takim domowym miśkiem” (s. 51). Czy podkręcanie pożądania rzeczywiście warte jest zanegowania instytucji małżeństwa? Autorka wśród przykładów twórczej inwencji wymienia (s. 242) również doroczny wyjazd na spotkanie swingersów (seks zbiorowy). Choć nie czyni z tego uniwersalnego wzorca dla każdej pary, uznanie takiego pomysłu za godnego uwagi wydaje mi się mimo wszystko podejściem zbyt kontrowersyjnym.
Po drugie, mam wrażenie, że niekiedy optymizm Perel jest po prostu zbyt łatwy i powierzchowny – amerykańska terapeutka zachowuje się trochę jak lekarz unikający ryzykownych i bolesnych diagnoz i leczący jedynie objawowo. Przypadek notorycznie zdradzającego żonę i uzależnionego od pornografii Philipa (s. 226) jest tego dobrym przykładem. Ewidentnego seksoholika nie wyleczy się, doradzając mu, by zaproponował żonie to, co go „najbardziej kręci”: „zabawki, bieliznę, porno, mówienie sprośności”. Trudno się dziwić, że autorka, co sama przyznaje, przez kilka lat pomagała Philipowi i jego żonie bez spektakularnych sukcesów.
W poprzednim wpisie cytowałem fragment „Inteligencji erotycznej” wskazujący na konflikt między miłością i pożądaniem. Kończy się on uwagą: „Zbyt często jednak, gdy pary umoszczą się już w swojej wygodnej miłości, zapominają, by dorzucić drew, aby nie zgasł płomień pożądania. Zapominają też, że ogień potrzebuje powietrza” (s. 56). W ostatnim zdaniu chodzi oczywiście o konieczną dla pożądania wolność, autonomię i indywidualność partnerów. Nie jest najlepszym pomysłem uzależniać poczucie własnej wartości całkowicie od drugiego człowieka, choćby najbliższego i najbardziej kochanego. Nie jest też dobre – ani dla miłości, ani dla pożądania – przekonanie, że razem nad wszystkim jesteśmy wstanie zapanować. To zbyt obciąża czy nawet paraliżuje zarówno każdego z partnerów, jak sam związek. Przede wszystkim takie przekonanie jest po prostu złudzeniem (wspominałem już o tym we wpisie „Intymność duchowa„).
Perel mówi, że każdy związek potrzebuje przestrzeni. To święta prawda – powiedziałbym nawet: nie byle jakiej przestrzeni. W każdym razie takiej, która zdejmie z nas nieznośny ciężar pełnej odpowiedzialności za miłość i pożądanie. A takiej przestrzeni sami sobie nie zbudujemy. Bardzo celnie Perel zauważa, że: „Seks często pozostaje ostatnim placem zabaw, na jaki możemy sobie pozwolić, jedynym pomostem do dzieciństwa. Jeszcze długo po tym, jak umysł wypełniły nakazy bycia poważnym, ciało zostaje strefą wolności, nieobciążoną rozsądkiem czy rozwagą. Kochając się ze sobą, możemy ponownie dotrzeć do całkowicie nieskrępowanego dziecka, które jeszcze nie wyrobiło w sobie samoświadomości i nie wstydzi się spojrzenia innych” (s. 241). Przypominam, że zdaniem kard. Ratzingera zabawa jest powrotem do beztroski raju: „Taki jest bowiem cel zabawy: działanie, które jest całkowicie wolne, pozbawione celu i przymusu, a przy tym jeszcze angażuje i wypełnia wszystkie siły człowieka” („Szukajcie tego, co w górze”). Skoro tak, to do zabawy jaką jest seks potrzebujemy beztroski, którą – biorąc pod uwagę naszą ułomną kondycję – sami ostatecznie nie jesteśmy w stanie sobie zagwarantować. Tak jak bawiące się dziecko, potrzebujemy świadomości, że ktoś od nas większy kocha nas i jest blisko. Przy takiej świadomości kochana osoba nigdy mi się nie znudzi, bo nigdy nie ogarnę ją całkowicie swoją miłością. Nigdy też całkowicie nie stanie się zależna ode mnie.
Krótko mówiąc, inteligencja jako umiejętność skutecznego reagowania na doraźną sytuację, jest do seksu niezbędna. Ale, jak mi się wydaje, ostatecznie ona nie wystarcza. Tak, jak w życiu, potrzebujemy czegoś więcej, co chyba można nazwać mądrością. Mądrość to świadomość własnych ograniczeń, czyli wgląd w podstawy, nad którymi nie mamy pełnej władzy; perspektywa, która ogarnia całe życie, nadając mu trwały sens; i umiejętność czerpania wsparcia z zewnątrz, tak, by móc spokojnie realizować dalekosiężne cele. Ona nie zastępuje inteligencji, ona sprawia, że inteligencja naprawdę może stać się skuteczna.
Nie chciałbym być źle zrozumiany: nie proponuję sakralizacji seksu! Źle rozumiana wiara może seks i pożądanie skutecznie zabić. Uważam, że ślepą uliczką jest traktowanie seksu w małżeństwie jako liturgii. Liturgia nigdy nie będzie zabawą! Dziecko nie bawi się dla rodziców, bawi się dla siebie, choć rodzice też mają z tego radość. I niech tak zostanie.
Skomentuj ~wierząca niekatoliczka Anuluj pisanie odpowiedzi