Czy możemy patrzeć i pisać z Boskiej perspektywy? To istotne pytania, gdyż wielokrotnie spotykam się z taką postawą – nie tylko w ostatnim numerze „W drodze”. To wręcz charakterystyczne, że np. autorzy wielu katolickich poradników małżeńskich najpierw kreślą precyzyjny „Boży plan dla naszego życia”. Oczywiście z tego planu wynika potem wiele szczegółowych zakazów i nakazów, z którymi trudno polemizować, skoro to „Boża wola”. Zawsze mnie zastanawiało, skąd owi autorzy biorą tak dużą łatwość i pewność w określaniu tego, czego Bóg od nas oczekuje. Tak wiec, czy możemy patrzeć z Boskiej perspektywy?
Wydaje się, że wierzący nie tylko mogą, ale powinni tak patrzeć: Boska perspektywa to nasze powołanie. Nie potrzeba nawet wskazywać cytatów z Biblii na ten temat, gdyż cała Biblia jest wezwaniem do patrzenia z Boskiej perspektywy. Ale w Piśmie Świętym znajdziemy także znamienne przestrogi: „Myśli Moje nie są myślami waszymi, ani wasze drogi Moimi drogami” (Iz 55,8) albo „Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi! Kto bowiem poznał myśl Pana, albo kto był Jego doradcą?” (Rz 11,33-34). Znamienny jest też kontekst tych wersów, traktujący o Bożym nastawieniu wobec człowieka. Sami sprawdźcie – to jakby przestroga: kiedy myślisz o Bogu i ludziach, uważaj, bo Boska miara może cię zaskoczyć!
Czy możemy zatem zasiąść za biurkiem i wykreślić na papierze ową miarę? Spodziewam się, że własnymi siłami i dzięki własnej mądrości jest to niemożliwe, gdyż to nie my mierzymy tą miarą, raczej sami jesteśmy nią mierzeni i tylko poddając się temu mierzeniu możemy coś z niej przejąć.
Pisałem już, że czasem intuicyjnie i bardziej odruchowo niż świadomie zdarzają się nam w życiu nieomylne gesty, bo dobro, które w nas jest, nie zostało do końca stłumione. Czasem zdarzają się nam także proste nieomylne dla innych słowa, wypowiadane bardziej przypadkowo niż świadomie – pięknie pisał o tym Buber, wskazując na sacrum ukryte w naszej codzienności (swego czasu zwróciła mi na to uwagę MagCzu). Ale świadomie patrzeć na świat oczami Boga, to sztuka, jak mi się wydaje, naszymi siłami niemożliwa, a przynajmniej bardzo trudna. Niektórzy tak patrzyli: np. tak patrzył o. Kolbe na Gajowniczka, tak udawało się patrzeć innym świętym i chyba nie dzięki ich przyrodzonym zdolnościom. Dzięki naszym przyrodzonym zdolnościom, być może, udaje się nam doświadczyć czasem niezwykłych momentów, ale jak powiadam, to odruch a nie nasze świadome działanie: wówczas poddajemy się czemuś większemu od nas. (Mam wrażenie, że właśnie tak patrzyła na pierworodnego Filipa moja żona, gdy wylądował na jej brzuchu z jeszcze nie przeciętą pępowiną).
Gdy osądzamy i pouczamy bliźnich, patrząc jakby z Boskiej perspektywy, w ten sposób im nie pomagamy. Pewne prawdy „objawiają się mocą samej prawdy” w sercach ludzi, a nie mocą naszych pouczeń „z góry”, które zawsze w rzeczywistości będą „z boku”. Tu wszyscy jesteśmy równi! Coraz bardziej dociera do mnie, że pewne ważne, najważniejsze prawdy dotykamy i przekazujemy bardziej przez „formę” niż przez „treść” tego co mówimy. Właśnie dlatego, że są zbyt intymne i przez to podatne na manipulację. Nie przypadkowo Biblia, mówiąc o najważniejszych prawdach, posługuje się językiem mitu i nie przypadkowo Jezus nauczał w przypowieściach. Te najważniejsze prawdy mają nas od środka przemieniać, a nie być narzucane z zewnątrz.
Zapytacie: a co z niezmiennymi normami, które sam przecież na tym blogu staram się bronić? Czyż Dekalog nie pochodzi od Boga? Jasne, że pochodzi, ale tylko wtedy będzie drogą naszego rozwoju, gdy odkryjemy go jako wewnętrzne prawo naszego sumienia. Tylko wtedy prawo moralne nie będzie przeżywane jako arbitralne i przymusowe. Dlatego w dyskusjach etycznych wszyscy jesteśmy w tej samej sytuacji – mamy do dyspozycji rozum, nasze moralne doświadczenie oraz trud przedzierania się do prawdy poprzez rozliczne własne i cudze pomyłki, złudzenia i stereotypy.
Jaka jest wobec tego rola Kościoła? Ograniczę się do oczywistej: Kościół to wspólnota i jako taka przekazuje w czasie pewne ważne zbiorowe doświadczenie. Naiwnością byłoby sądzić, że jednostka zdolna byłaby dotrzeć samotnie i tylko o własnych siłach do tego doświadczenia. Dzieci „wychowane” przez zwierzęta mają nieodwracalnie zmieniony mózg i nie da się ich przywrócić do normalnego funkcjonowania w ludzkiej społeczności i kulturze. Znaczy to, że w najbardziej fundamentalnym wymiarze odnajduję siebie tylko dzięki wspólnocie. Jeśli Kościół, jak wierzymy, jest depozytariuszem ważnej prawdy, to trudno byłoby ignorować jego głos. Dlatego, jak już wspominałem, w sporze z kościelnym nauczaniem na temat małżeństwa liczę się, że mogę błądzić.
Ale z drugiej strony, byłoby czymś ahistorycznym upierać się, że wspólnota Kościoła w pewnych szczegółowych kwestiach nie może pobłądzić. Gdzieś czytałem taką anegdotę: mąż zauważył, że żona przygotowując pieczeń obcina z obu stron mięso. Wydało mu się to dziwne, ale na pytanie: dlaczego to robi, nie potrafiła odpowiedzieć – po prostu jej mama także tak robiła. Przy pierwszej okazji zapytał teściową. Okazało się, że miała za małą brytfankę. Niektóre prawdy moralne w Kościele mogą być przekazywane na podobnej zasadzie: dzisiaj nie potrafimy już ich uzasadnić, a gdy pogrzebiemy w historii, okazuje się, że nasi przodkowie mieli „za małe brytfanki”: zbyt archaiczne myślenie, naiwną wiedzę, niedokładne rozeznanie.
Jak odnaleźć Boską perspektywę pośród tych wszystkich elementów: wskazań rozumu, głosu sumienia, nauczania Kościoła, publicznych i prywatnych dyskusji oraz możliwych osobistych i historycznych błędów?
Proponuję wyraźnie rozgraniczyć i nie mieszać ze sobą płaszczyzn, po których się poruszamy – wstępnie nazwę je teoretyczną i praktyczną. Dyskusja teoretyczna jest po prostu dyskusją etyczną, w którą zaangażowane są nasz rozum i sumienie (właśnie przez te władze objawia się także „Boska perspektywa”). Wymaga ona uczciwości intelektualnej, zmysłu obserwacji i empatii, intensywnego wsłuchiwania się w głos sumienia i pewnego zdrowego dystansu do własnych a także cudzych wniosków. W jej efekcie, jak wierzę, kształtują się nasze przekonania etyczne, a co za tym idzie: do pewnego stopnia także nasze postępowanie. Zarówno jednak owe przekonania, jak sama dyskusja jest „teoretyczna”, gdyż zakłada silną idealizację: pełną świadomość i wolność człowieka – tylko pod tymi warunkami nasze czyny mają walor etyczny. Tymczasem nigdy nie działamy z pełną świadomością, zakładającą pełną wiedzę, ani w pełnej wolności (czy możemy być pewni, że na nasze wybory nie mają wpływu żadne zranienia, lęki, ukryte pragnienia i siły?). Wolności doświadcza się tylko w procesie wyzwalania, który w tym życiu właściwie nie ma końca. Zatem nasze czyny w zasadzie nigdy nie mogą być i nie są w pełni „moralne”. Potrzebujemy czegoś więcej niż moralności. Właśnie tę sytuację, jak rozumiem, miał na myśli św. Paweł, mówiąc w Liście do Rzymian o konieczności przekroczenia Prawa, by żyć „według Ducha”.
Skoro moralność nie wystarcza, aby oczyścić nasze intencje, potrzebujemy owej miary „z góry”, która nas przemieni. Dokonać się to może w przestrzeni, w której rozmowa wymaga innego języka niż zakazy, nakazy, pouczenia czy oceny. Jest to przestrzeń stricte intymna i właśnie, jak sądzę, Kościół jest powołany do jej tworzenia. Dlatego, gdy w rozmowie albo podczas pobożnej lektury spotykacie się ze skakaniem z jednej płaszczyzny na drugą (najczęściej wygląda to tak, że gdy brak argumentów rozumowych, zaczyna się grzebanie w waszych duszach), możecie spokojnie taką rozmowę albo lekturę zakończyć. Mało prawdopodobne, że będzie budująca.
Ja natomiast zakończę gorącą zachętą do przeczytania rozmowy z Jeanem Vanierem. Ten niezwykły facet jest mistrzem świata w tworzeniu duchowej intymności, w której dotknąć można tego, co Boskie. Oto próbka: „Pytanie brzmi: gdzie jest miejsce na wolność? I jak przejść od siły płynącej z prawa do siły, która płynie z obecności? Niebezpieczeństwo wiąże się z tworzeniem struktury, która ma kształt piramidy. Papież mówi biskupom, biskupi zwykłym księżom, a oni wiernym… To raczej przekazywanie prawa niż miłości. Miłość nie polega na tym, by robić coś dla ludzi, ale by objawić im, że są ważni, że są dziećmi Boga. Jeśli są dziećmi Boga, to musimy ich słuchać. Cała tajemnica Kościoła polega na tym, jak słuchać ludzi, a zarazem ich nauczać. I jak uczyć ludzi słuchania. Jeśli jesteś wolny, by słuchać, to słuchanie wyzwala cię i ty wyzwalasz innych, by byli sobą”.
Skomentuj ~nora volkovna Anuluj pisanie odpowiedzi